Nadzieja na pogorzelisku – czyli o tym, jak odnaleźć radość na ginącej planecie

0
834
views

Ostatnimi czasy piszę wiele o sprawach smutnych i przygnębiających. Przestałem ukrywać, że świat jaki znamy jest trwały. Niczego już nie zamiatam pod dywan. Zaczęło się od artykułu „Koniec świata, jaki znamy” Był to grudzień 2017 roku. Cytując samego siebie:

Jeżeli za początek pomiarów przyjmiemy średnią temperaturę z lat 1720-1800 to w roku 2016 wzrost temperatury wyniósł 1,1°CBezpieczną granicę 1,5°C przekroczymy nie później niż w ciągu 3 lat, czyli do końca 2020 r. Granicę 2°przekroczymy nie później niż w roku 2025!

Teraz myślę, że jest jeszcze gorzej. Trochę więcej optymizmu zaprezentowałem w artykule „Świata już nie uratujemy, ale siebie możemy…”, ale potem na to wszystko dołożyłem tekst o katastroficznym tytule: „Dżuma XXI wieku – interpretacja klimatyczna”.

Moja droga do rozpaczy rozpoczyna się tuż po przeczytaniu książki Naomi Klein „To zmienia wszystko”. Jeszcze większy wpływ na moje aktualne poglądy wywarła praca Haralda Welzera „Samodzielne myślenie”. Autor jest psychologiem społecznym i to właśnie ta dziedzina nauki nie pozostawia nam żadnych złudzeń: „Świata już nie uratujemy!”.

Absurdem i wielkim zadufaniem jest myślenie, że zrozumiałem sens naszego istnienia. Tak się jednak złożyło, że wraz z radykalizowaniem się moich poglądów rozwijałem się duchowo z nadzieją, że rozwój ten w domyśle będzie mnie trzymał w sferze znanej nam jako „normalność” lub „względna normalność”. Istotnie, im człowiek starszy i „mądrzejszy” tym więcej zadaje sobie pytań na które nie ma jednej, idealnej odpowiedzi.

Schodząc ze sceny

Aktywizm, który przez lata wypełniał mnie poczuciem misji do spełnienia dzisiaj stanowi już tylko wydmuszkę. Jest to pewnego rodzaju fasada. Ludzie wokół mnie nadal będą mnie kojarzyć z ruchem ekologicznym i prozwierzęcym, ale przestaje on być w centrum mojego zainteresowania.

Kilka tygodniu temu usidłam w pustym przedziale kolejki miejskiej wraz z romską rodziną. W korytarzach przedziału stało mnóstwo osób, ale nikt z nich nie odważył się usiąść razem z nami. Było to conajmniej kuriozalne! Byłem tam i mogłem odczuć na samym sobie spojrzenia „normalnych” polaków. Patrzyli na nas jak na obcych zapominając, że razem stanowimy jedną i tą samą rodzinę.

Pojawiła się u mnie refleksja, że skoro nie poradziliśmy sobie z rasizmem, ksenofobią i szowinizmem to tym bardziej nie poradzimy sobie z problemem zmieniającego się klimatu. My ten egzamin oblaliśmy już dawno temu tworząc kulturę (w szerokim znaczeniu) nastawioną na dominację i przetrwanie jednostki.

Imperatywem kategorycznym nie jest holizm, ale zaspokojenie własnych potrzeb. Kultura jest nadbudową tego systemu wyniesioną z potrzeby uzasadnienia naszego istnienia i śmierci – czyli potrzebą stłumienia, że nasze życie jest absurdalne!!!

Straciłem nadzieję na aktywizm zarówno swój jak i mojego otoczenia. Moje poglądy na tle innych są zdecydowanie zbyt radykalne. Nawet anarchiści w tym kraju budują system sprzecznych wartości. Anarchoprymitywizm jest jeszcze dalej i – o losie… tak skrajny, że aż niemożliwy, choć dający jedyną nadzieję, na uratowanie nas z ginącej planety.

Zacząłem szukać pomocy

Wiedziałem, że muszę coś zmienić w swoim życiu oraz, że nie znajdę terapeuty, który mnie zrozumie. Zamiast leczyć mnie z depresji/melancholii klimatycznej będzie próbował wytłumaczyć mi, że moje pojęcie i wiedza na ten temat jest nieprawdziwa.

Musiałbym naprawdę szczerze uwierzyć, że to co wiem o zmieniającym się klimacie jest urojeniem – że mam się skoncentrować na czymś zupełnie innym. Ktoś musiałby mnie nauczyć wyparcia dla mojego własnego dobra!

Terapeuta, który chciałby mi pomóc, musiałby wyprzeć o wiele więcej z mojej świadomości. Dla zdrowia psychicznego powinienem przestać myśleć o klęsce głodu z powodu której co 5 sekund umiera kolejna osoba. Musiałbym zapomnieć, że co roku z powodu głodu kończy swoje życie kolejne 7,5 miliona dzieci.

A wystarczyłoby na likwidacje głodu przeznaczyć budżet jaki jest przeznaczany na militaria, na broń, na pociski zbrojne… resztę może zainwestować w OZE i szybką transformację energetyczną. To wszystko jest na wyciągnięciu ręki i my wszyscy udajemy, że o tym nie wiemy.

Udajmy, ponieważ ktoś nas dawno temu oszukał, że nie mamy na to wpływu, że nic się nie da z tym zrobić, że wojna jest normalna – że będzie zawsze! I to zawsze wybrzmiewa najbardziej. Jeżeli normą jest zabijanie, to życie jest iluzją – wyobrażeniem, jakie sami sobie stwarzamy.

Tutaj nie o wyparcie chodzi, ale o akceptację.

Trzeba więc zaakceptować ZŁO – w sensie egzystencjalnym, jego obecność w świcie. Następstwem akceptacji jest budowanie nowego świata, wolnego od iluzji.

10-cio dniowy kurs Vipassana

Początek 2018 roku był moim wprowadzeniem do medytacji, a później do filozofii buddyjskiej. Ukończyłem 10-dniowy kurs Vipassana, na którym nauczyłem się popularnej w Birmie techniki medytacyjnej. Mój pobyt tam uświadomił mi wiele spraw dotyczących nietrwałości jak również absurdalności mnie samego – i złudzenia, że mam na cokolwiek wpływ.

Już pierwszego dnia miałem ochotę popełnić samobójstwo (dosłownie)!

Jeżeli wszystko jest nietrwałe, a nasze życie to tylko zlepek pragnień i balansowanie od jednych do drugich (od jedzenia do seksu) – to w jaki sposób uzasadnić sens trwania w tym cierpieniu?

W trakcie 10-dniowego kursu moje myślenie o nihilizmie i nietrwałości osiągnęło w moim przypadku stan totalny. Trzeba dotknąć dna, by zrozumieć coś, co jest ponad nasze iluzoryczne wyobraźnie – ponad nietrwałość, cierpienie oraz nasze własne ego!

Nietrwałość kontra jedzenie i seks

Wszystkie pragnienia do jakich zmierza człowiek (ale również, każda istota żywa) sprowadzić można wyłącznie do dwóch abstrakcji – jedzenia i seksu. Oczywiście, oba należy rozumieć znacznie szerzej niż wskazywałaby na to ich wąska definicja.

Poprzez jedzenie rozumiem konsumowanie – nie samą tylko konsumpcję ale konsumowanie jako czynność związaną z przetwarzaniem i niszczeniem. Można konsumować jedzenie, ale również przedmioty, ideę a nawet samych ludzi. Konsumować, czyli wykorzystywać pozostawiając po sobie jakiś ślad. Budowanie wielkich wieżowców, ale również lot w kosmos jak i skonstruowanie broni jądrowej to wszystko stanowi element konsumowania.

Staramy się być bogami we własnym świecie – tylko po to, by udowodnić sobie, że możemy (wyjść poza skończoność?). Skrajnie szalonym pomysłem jest opracowanie sztucznej inteligencji oraz przenoszenie ludzkiej świadomości w celu osiągnięcia nieśmiertelności. Kolejny przykład to próba zagospodarowania (czyli konsumowania) przestrzeni kosmicznej na wszelki wypadek – gdyby się okazało, że cała nasza planeta jest już doszczętnie „skonsumowana”.

Wspomniałem o tym, że można konsumować również ludzi – np. pracowników, ale również ludzi, których wydaje nam się, że kochamy. Przechodzimy więc do drugiego tematu, największej naszej namiętności – seksu.

Powinienem przyznać się do czegoś osobistego, co dotyczy mnie bezpośrednio. Mianowicie, ja zawsze miałem problem z seksem! Moja nastoletnia ciekawość świata (namiętność) była mocno skoncentrowana wokół filozofii. Uwielbiałem książki Ericha Fromma, którego definicja miłości była tak bardzo przeidealizowana, że praktycznie niemożliwa*.

* niemożliwa z punktu widzenia myśli zachodniej – definicja miłości jako aktywnej czynności jest obecna w myśli m.in. indyjskiej i tam upowszechniła się społecznie.

Zamiast normalnie dojrzewać od miłości romantycznej (eros), poprzez philia do agape (u Arystotelesa najwyższa forma miłości) ja całe swoje życie szukałem czegoś idealnego. Chciałem oddać siebie (swojego ego) dla dobra innych. W pewnym sensie sprowadziło mnie to na emocjonalną niedojrzałość.

Ja po prostu nie pasuje do społeczeństwa, które skoncentrowane jest na miłości romantycznej, miłości która kojarzy mi się z konsumowaniem: ja chce, ja pragnę, ja muszę – mieć, posiadać, zawłaszczać, kontrolować (nawiązuje tutaj do poglądów Alana Wattsa).

Z drugiej jednak strony, tak rozumiana miłość – pomimo, że jakiś etap mojego życia ominął mnie szerokim łukiem – teraz zaczyna sprawiać mi radość. Gdybym miał wskazać sens życia (na ginącej planecie), dzisiaj wiem, że jest to właśnie ten rodzaj miłości – bycie poza sobą, przez transgresję, wyjście ponad siebie i życie wyłącznie dla innych – dla sprawy lub idei.

Konsumowanie oraz miłość romantyczna (eros) jako cele są nietrwałe. Ten system społeczno-kulturowy opiera się na niestabilnych przekonaniach i dlatego jest błędny.

Sensem życia jest tylko mettā!

Mettā oznacza bezwarunkową i nieprzywiązaną do konkretnych obiektów miłującą dobroćkochającą życzliwość, miłowanie – czyli, jest to postawa buddyjska i próba rezygnacji z własnego JA dla doba innych. Innym określeniem tego stanu jest afrykańska filozofia ubuntu, która oznacza życie dla innych przez innych – inni stanowią moją własną tożsamość, bez MY nie ma JA!

Agape, mettā, ubuntu to tylko różne nazwy jednej i tej samej zasady moralnej. Jest to „miłość” obecna w nauczaniu taki postaci jak Jezus, Budda, Mahomet, Arystoteles, Gandhi czy też Martin Luther King – oni wszyscy w pewnym sensie oddali samych siebie (swoje nietrwała JA) dla idei w jaką wierzyli.

Dzięki tej uniwersalnej zasadzie moralnej, po transgresji ponad EGO, zarówno w wymiarze psychologicznym jak i materialnym, można osiągnąć stan pełnej akceptacji dla tego, co dzieje się z naszą planetą.

Tak dotarliśmy do sedna. Mit Syzyfa Alberta Camusa – sensem życia jest obecność, a nie dążenie i osiąganie celu. Żyjemy, aby być dla innych – inni stanowią nas samych – oni sami w sobie są naszą syzyfową pracą. W nawiązaniu do Baumana – pokonywanie problemów to sól naszego życia. Tak powinnyśmy wykonywać swoją syzyfową pracę – być wyłącznie dla innych!




Photo by Jordy Meow on Unsplash