Przestańcie walczyć!

0
267
views
Photo by Raka Muhammad Iqbal Ismail on Unsplash

Nie sztuką jest się wycofać z pogorzeliska, ale zbudować na nim kolejny fundament.

Właśnie wchodzę w kolejny etap. Kolejny raz buduję swoją Wieżę Babel. Mój „aktywizm” się radykalizuje ale również, zmienia się jego charakter. Nowy fundament zaczyna nabierać zupełnie innego kształtu. Jego finałem będzie akceptacja.

Jeżeli czegoś nie akceptuje, cierpię. Cierpią wszyscy działacze ze względu na oburzenie – i to ono motywuje nas do zmiany. Stéphane Hessel w eseju „Czas oburzenia” pisał: „Oburzam się, więc jestem”. Oburzenie (bardziej niż samo myślenie) definiuje mnie.

Przypomina mi to camusowskie „Buntuje się, więc jestem”. Przeciwko czemu? Przeciwko bylejakości, nicnierobieniu, ignorancji, przeciwko zatrzymywaniu się…

Jesteśmy radykalni, bo na brak radykalności nie mamy już czasu!

Tymi słowami skandowali demonstranci protestów antywojennych w drugiej połowie lat 60-tych. Dzisiaj radykalność jest passé, dzisiaj się jej wstydzimy, staramy się jej unikać, radykalność kojarzy nam się bardzo źle… tudzież, spadamy w przepaść, ponieważ nie byliśmy dość radykalni, byliśmy byle jacy, udawaliśmy, że zmieniamy świat, a tak naprawdę cały czas bawiliśmy się w „aktywizm” – żołnierzy i żołnierzyków, w koncentrację na sobie i wiarę, że mamy realny wpływ na otaczający nas świat w jakim żyjemy.

Nie, nie mamy…

W latach 80-tych zapanował naukowy konsensus co do zmian klimatu. Klimat się zmienia, temperatura wzrasta. Jeżeli czekasz na tzw. punkt zwrotny – możesz się go nie doczekać. Moment w którym mieliśmy szanse zawrócić już dawno minął – ponad 30 lat temu. Różnica polega na tym, że od roku 2014 klimat zmienia się GWAŁTOWNIE!

„Kiedyś uważałem, że najważniejszymi problemami dotyczącymi środowiska są utrata różnorodności biologicznej, załamanie ekosystemu i zmiana klimatu. Pomyślałem, że trzydzieści lat rozwoju nauki może rozwiązać te problemy. Myliłem się. Najważniejsze problemy dotyczące środowiska to egoizm, chciwość i apatia, i aby sobie z nimi poradzić potrzebujemy transformacji kulturowej i duchowej, a my naukowcy nie wiemy, jak to zrobić …

— Gus Speth, Amerykański doradca ds. Zmian klimatu i profesor Yale

Dlatego uważam, że nie mamy wpływu na świat w jakim żyjemy? Jesteśmy tylko częścią TEGO świata, nie stanowimy jego odrębnej wyspy (choć większość z nas tak właśnie myśli). Wypełniamy (naszym życiem) kulturę niszczenia w jakiej żyjemy. Zmiana, ta zielona, wymagałaby zakwestionowania porządku na jaki godzimy się od początku naszego istnienia. Brakuje nam naturalnego wroga, więc wykańczamy się sami.

I to się już dzieje… patrz tutaj „Most Important Message Ever„.

Jedyna realna szansa dla nas to geoinżynieria klimatu, która powinna się teoretycznie udać, choć uzależni nas jeszcze bardziej od wpływów politycznych – tych odpowiedzialnych za aktualny stan naszej planety. Nie biorę tutaj pod ocenę ewentualnych skutków takiej technologi, ponieważ to co może wywołać jest i tak lepsze (dla nas, nie dla planety), niż pozwolenie na uruchomienie wszystkich sprzężeń zwrotnych.

Tak wiec, świat w którym przyszło nam żyć nie jest realny – on tak naprawdę nie istnieje.

Od strony ontologicznej, wszystko jest iluzją – ślepym dążeniem do przyjemności i unikaniem cierpienia. Chcemy wierzyć w trwałość naszej świadomości (jaźni), ale ona przestaje istnieć wraz ze śmiercią naszego materialnego ciała. Wszyscy mamy tylko jeden cel do osiągnięcia – ponowne połączenie się ze wszechświatem poprzez naszą własną śmieć. I to jest cel, który osiągnie każdy z nas. Gwarantuję!

Konwencjonalna psychologia jest nieskuteczna

Nie ma odpowiedniej terapii dla osób cierpiących na lęk klimatyczny. Podkreślam: nie da się tego zaakceptować, chyba, że zaakceptuje się własną śmierć (o czym w dalszej części). Dzieje się tak dlatego, że coraz więcej informacji na temat klimatu dociera do nas z różnych stron. Terapia taka byłaby skuteczne, gdyby pozwalała skoncentrować się na czymś inny, np. na pracy lub rodzinie. Byłby to więc terapeutyczny proces „wspierania” wyparcia jakim jest zaprzeczanie aktualnym badaniom naukowym. Pozostaje nam zmierzenie się z rzeczywistością. Lekarz właśnie oznajmia nam, że stan naszego zdrowia jest bardzo zły i że pozostało nam kilka lub kilkanaście lat.

I się odbijam, i się frustruję, ale już coraz mniej… więcej w tym akceptacji niż złości czy gniewu. Jest zatem poczucie żalu, do ludzi i świata, do naszej kultury, która oparta jest o „fetysz” wzrostu za wszelką cenę – ta kultura niszczy się sama i będziemy tego naocznymi świadkami. Kiedy?

…nieważne kiedy – powiedział mistrz ZEN pociągając kolejny łyk herbaty…

Szukam opieki paliatywnej

Kilka tygodniu temu brałem udział w warsztatach pt. „Etyka w dobie zmian klimatu„. Spotkanie odbyło się w gdyńskiej księgarni Vademecum w ramach cyklu spotkań „Wszystko jest filozofią„. Prowadziła je dr Hanna Schudy – edukatorka i aktywistką, która w swoim bogatym życiorysie współpracowała m.in. z Dolnośląskim Alarmem Smogowym, EKO-UNIĄ oraz Pracownią na Rzecz Wszystkich Istot.

Jak to zwykle bywa, na spotkaniach tego typu, było bardzo dużo filozoficznego bełkotu. Choć było to bardzo mądre (mądrze brzmiące), w mojej ocenie nie znalazło swojego praktycznego zastosowania do czasu, aż zaczęliśmy wspólnie omawiać poruszane na spotkaniu problemy. Okazuje się, że osób myślących podobnie jak ja jest znacznie więcej. Szczególnie osoby w podeszłym wieku z większą łatwością i swobodą akceptują kryzys klimatyczny (czytaj katastrofę).

Ludzie potrafią zrozumieć i zaakceptować własną śmierć i nie mają z tym większych problemów pod warunkiem, że przez dłuższy czas nie karmi się ich naiwną nadzieją. Kiedyś uważano, że najlepszą pomocą dla chorych jest pocieszanie ich, by utrzymać w nich nadzieje na wyzdrowienia – i ta rzekomo miała ich cudownie uleczyć. Dzisiaj panuje przekonanie wśród lekarzy i psychologów, że najlepiej jest mówić absolutną prawdę niezależnie od tego, jak bardzo zły jest stan pacjenta.

Takiej lekcji nie zrozumieli aktywiści. Wszyscy oni chcą się karmić nadzieją, że jest szansa, że wszystko da się naprawić… o losie… jak o tym teraz myślę to wydaje mi się to jest GŁUPIE”? Po co mamy się karmić nadzieją… nadzieją na co? Nadzieją na to, że w 11 lat chętnie zredukujemy zużycie CO2 o połowę porzucając luksusy do jakich przyzwyczaił nas kapitalizm? Zaczniemy palić świece wieczorami i myć się będziemy tylko w zimnej wodzie? Serio?

Aktywizm, który jest już passé

Walczą o konie i o inne zwierzęta! Walczą o Polskę tolerancyjną, gdzie każdy będzie czuł się bezpiecznie. Walczą o godne płace! Walczą o prawa człowieka! Walczą o praca kobiet! O eutanazję na życzenie! O wolny wybór… o wolność!

Aktywizm społeczny opiera się na fundamencie oderwanie się od otaczającego nas społeczeństwa. Opiera się na dychotomii i wyodrębnieniu swojego „ja” ponad to, z czym walczymy, ponad naszych wrogów, tych, którzy myślą inaczej niż my, tych, którzy nas ośmieszają.

Dychotomia i odrębność (wykorzenienie) jest konieczne do uznania naszej sprawczości – a ta jest ważna, by nadać sens temu co robimy. Byśmy sami sobie udowodnili, że nasze pojawienie się na tym świecie ma sens i że jest to sens który należy wypełniać.

Istotnie ja również cały czas w to wierzyłem. Chciałem wpływać na otaczającą mnie rzeczywistość i ją naprawiać – bo jej nigdy nie akceptowałem. Nie akceptuje nierówności społecznych, głodu na świecie, przemocy, wojen… większość ludzi nie ma z tym problemu, ponieważ ktoś ich przekonał, że te zjawiska są normalne?!?

A co gdybyśmy przestali walczyć? Gdybyśmy bardziej niż kiedykolwiek skupiali się na akceptacji? Abyśmy uświadomili sobie z rykoszetem, że to naprawdę bez dwóch zdań jest w ch* poje*? Życie, marzenia, plany… nasze przywiązanie do tego świata?

Przekroczenie punktu krytycznego oznacza, że twoje wysiłki, by temu zapobiec, spełzły na niczym. Niełatwo jest pogodzić się z tą świadomością. Niełatwo jest przyznać, że wprawionego w ruch sprzężenia zwrotnego, które karmi się sobą, nie zatrzymasz.

Nick Humphrey, tłum i oprac. exignorant

Życie poza sensem, bez JA

Pogodzenie się z własną śmiercią w kulturach wschodnich jest jednoznaczne z osiągnięciem stanu nibbany, czyli wygaśnięciem cierpienia. I choć żyje w tym stanie tylko garstka osób, stan taki jest OSIĄGALNY i całkowicie normalny, również na naszym zachodnim poletku.

Mniej więcej pół roku temu spotkałem starszą kobietę, której lekarz dwukrotnie powiedział, że niebawem umrze. Za pierwszym razem, gdy miała 20 lat usłyszała, że pozostało jej tylko kilka lat życia. To było dla mnie jak spotkanie trupa, który żyje ze świadomością swojej nietrwałości! To co stanowi powszechny zachwyt i sens życia (miłość, rodzina, bóg) było dla niej nic nieznaczącym faktem społecznym. Każde jej pragnienie i dążenie traciło sens w perspektywie zbliżającej się śmierci.

I o dziwo… ona jest bardzo szczęśliwa. Świadomość swojej śmierci nie wprowadziła jej w apatię, nie wywołała ona u niej depresji ani dystymii. Nie zwariowała! Ona naprawdę potrafiła cieszyć się tym co ma, żyła dosłownie – bardziej, lepiej, pełniej. Niczego nie musiała żałować. Opowiedziała mi wtedy, że była w pewnym sensie zła na lekarzy, gdyż ze względu na chorobę niczego nie mogła zaplanować. Ale jednocześnie, dało jej to olbrzymią swobodę bycia sobą! Nie musiała martwić się sprawami, którymi większość z nas się przejmuje – pracą, zdrowiem, wyglądem, edukacją, miłością. Ona w tym żyła przez 50 lat i przez 50 lat była pogodzona ze swoją własną śmiercią słowami: „nie mogłam się doczekać”.

Innych śmierć spotyka nagle… ale czy ich marzenia sprawiają, że życie samo w sobie staje się pełniejsze. Wątpię!

Chciałbym powiedzieć, że nie należy przejmować się zmianami klimatu, ale to nie jest takie proste. Przeżywanie żalu jest najbardziej ludzką postawą na jaką możemy sobie pozwolić w obliczu katastrofy. Ja się cały czas przejmuje, codziennie o tym myślę. Ale jednocześnie naprawdę zaczynam to akceptować i jestem na to przygotowany. Potrafię wyobrazić sobie najgorszą możliwość jaka może nas spotkać i zamiast buntować się przeciwko temu, pozwalam temu płynąć.

To przypomina żałobę, której źródłem jest moje przywiązanie do życia. Tracę je i tak jak w przemijaniu żałoby, pozwalam temu przeminąć.

„To minie” – mówi do mnie Matka Ziemia. Posłuchajcie co ma każdemu z nas do powiedzenia…