„Depresja nie oznacza, że jesteś słaby… tylko, że byłeś silny za długo”

0
86788
views

Artykuł nadesłany przez anonimowego czytelnika. Zdecydowaliśmy się na publikację ze względu na jego wysoką wartość merytoryczną oraz nadzieję, że ta kompilacja może pomóc w lepszym zrozumieniu zjawiska jakim jest depresja.

Photo by Gabriel on Unsplash


„Depresja nie oznacza, że jesteś słaby… tylko, że byłeś silny za długo”

Depresja, nazywana dżumą XXI wieku, w ciągu życia pokolenia dotyka ok. 15% Europejczyków. Inne dane mówią, że co dziesiąta osoba na świecie przechodzi w życiu przynajmniej jeden jej epizod. Depresja jest już drugą, po chorobie niedokrwiennej serca, najczęściej atakującą nas „dolegliwością”. W 1990 r. zajęła ona 4 miejsce na liście 150 zaburzeń zdrowotnych obciążających społeczeństwo największymi kosztami bezpośrednimi (koszty finansowania „leczenia”) i pośrednimi (koszty absencji w pracy, inwalidztwa oraz zgonów osób w wieku produkcyjnym). Z danych opublikowanych przez National Institute of Mental Health w USA w 2007 r. wynika zaś, że każdego roku na depresję zapada ponad 15 milionów dorosłych Amerykanów. W Australii liczba takich przypadków podwoiła się między 1990 a 1995 r. Według wstępnych szacunków, w 2020 r. depresja zajmie pierwsze miejsce w niechlubnym rankingu przyczyn zgonów. World Health Organization w swoim raporcie alarmuje: u młodych ludzi depresja jest głównym powodem występowania schorzeń i niepełnosprawności, a samobójstwo jest jedną z trzech najczęstszych przyczyn śmierci młodzieży.

Podczas gdy w wielu krajach europejskich częstotliwość samobójstw spada, w Polsce jednak ciągle rośnie – tam od lat działają programy profilaktyczne, u nas pokutują stereotypy. Ogromnej liczby zamierzeń zapisanych w Narodowym Programie Ochrony Zdrowia Psychicznego z 2011 r. po prostu nie wykonano. Kiedyś w Polsce samobójstwo popełniało od czterech do pięciu tysięcy osób rocznie. Teraz – ponad sześć tysięcy – w 2013 r. było ich 6355. Zgonów w wyniku samobójstw mamy już dwa razy więcej niż w wypadkach drogowych – stwierdził psychiatra Marek Balicki, były minister zdrowia. Więcej też, aniżeli w wyniku zabójstw czy z powodu HIV/AIDS – o połowę więcej niż przed 40 laty. Autorzy raportu, przygotowanego dla Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, alarmują, że wśród krajów europejskich w statystyce samobójstw Polska zajmowała do 2008 r. 13 miejsce, zaś jeśli chodzi o mężczyzn – 9. Być może właśnie „wspięliśmy się” do pierwszej dziesiątki. Najświeższy raport WHO umieszcza Polskę wśród 6 europejskich państw o najwyższej częstotliwości samobójstw (przodują Litwini, plasujący się jednocześnie na samym końcu listy narodów najbardziej empatycznych).

Prób samobójczych jest dziesięć razy więcej niż samobójstw. Wynika z tego, że tych, którzy nie mają siły żyć, może być ponad 60 tysięcy.

Profesor Maria Jarosz, socjolog z Instytutu Studiów Politycznych PAN wydała ostatnio książkę „Samobójstwa. Dlaczego teraz”, w której przeanalizowała przypadki samobójstw z ostatnich 60 lat. Zauważyła, że w tym czasie gwałtownie zwiększyła się dysproporcja między liczbą samobójców a samobójczyń. Mężczyźni zawsze częściej decydowali się na ten krok, jednak w ostatnich latach ta różnica stała się jeszcze większa. Prof. Jarosz stwierdziła, że tak dużych dysproporcji nie ma nigdzie na świecie: za granicą zaczyna się postrzegać Polskę jako kraj silnych kobiet i coraz słabszych mężczyzn. Mężczyzn samobójców jest ponad sześciokrotnie więcej niż kobiet (na świecie ta dysproporcja to zwykle 1 do 4). A wśród mężczyzn – najwięcej tych w sile wieku, 45–54 lata – ponad 1,3 tysięcy.

Według dr. hab. Bartosza Łozy, prezesa Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, klasyczny samobójca to człowiek dojrzały, najczęściej mężczyzna, który nie może się pogodzić ze stratą osobistą. To czasami strata pracy, pozycji, czasami pieniędzy albo partnerki/partnera. Najczęściej odchodzą samotni, opuszczeni, bezrobotni, bezdomni.

W ostatnim czasie coraz częściej spotyka się ludzi, którzy głęboko przeżywają niewyobrażalne straty, jakich doświadcza przyroda. Ludzi widzących dalej niż inni: jak giną całe ekosystemy i zagrożona jest sama biosfera, w której żyjemy. Ogarniętych przez to rozpaczą, mających poczucie, że stoimy w obliczu końca świata, jaki znamy.

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że na różnego rodzaju zaburzenia psychiczne lub osobowości może cierpieć nawet 23% Polaków, jednak opieką psychiatryczną objęta jest tylko jedna czwarta z nich. W Polsce jest 6 psychiatrów na 100 tysięcy mieszkańców, podczas gdy na Węgrzech – 9, w Czechach czy Niemczech – 12, w Finlandii czy we Francji – 22. Psychiatrzy nie ukrywają, że cieszą ich wyznania o cierpieniu na depresję, takie, jak uczynione na Facebooku
i w wywiadzie prasowym przez Justynę Kowalczyk. Ich zdaniem pomagają „odczarować” depresję, jednakże nadzieje te mogą być płonne. W komentarzach do wywiadu dominował podziw, że Justyna „miała odwagę przyznać się do takiej słabości”. Odzywają się już kolejni sportowcy, którzy również cierpieli – cierpią – na depresję. Inni przypominają sobie o znajomych, którzy mają dokładnie takie same objawy, jak słynna narciarka. I jak to zwykle bywa, wyznanie bardzo znanej osoby (przykład Angeliny Jolie) nagle odblokowało problem; okazuje się, że „chorzy na depresję” są wśród nas, że jest ich bardzo wielu, tyle że może nie zawsze są oni dostrzegani, a już na pewno – rozumiani.

Mimo wieloletnich kampanii medialnych depresja wciąż jest czymś wstydliwym”, a ci, których dotyka, są stygmatyzowani. Wzbudzają litość, współczucie, bo są słabsi, bo sobie nie radzą. Tymczasem od wielu lat wiadomo, że zaburzenia nastroju nie są żadną słabością charakteru, a depresja jest związana z ustalonym osobniczo funkcjonowaniem dwóch ważnych neuroprzekaźników w mózgu – serotoniny i noradrenaliny (chociaż niektórzy mają wątpliwości, czy ich zbyt niski poziom jest przyczyną czy skutkiem depresji) – oraz z nieprawidłowościami, jak określają to lekarze, funkcjonowania osi podwzgórze-przysadka-nadnercza, nadmiernie wytwarzającej hormony stresu, między innymi kortyzol.

Zaburzenia osobowości można podejrzewać u osób, których pewne cechy charakteru lub sposoby nawiązywania relacji odbiegają drastycznie od przyjętych w danej kulturze do tego stopnia, że utrudnia im to własną egzystencję lub współżycie z innymi.

Dr Robert Spitzer, profesor psychiatrii z New York Columbia University i członek Komitetu Nazewnictwa Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, stworzył na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego stulecia współczesną wersję systemów klasyfikacji zaburzeń psychicznych i osobowości. Przewidywał on, że prawdziwe znaczenie owych systemów polega na „odkryciu” powszechności tych zaburzeń. Dziś niektórzy szacują, że nawet 20-40% populacji może mieć w ciągu życia jakieś tego rodzaju zaburzenia. W Polsce może to być co czwarta osoba i co pewne – ogromna część przeżyje jakiś wariant depresji.

Depresja rzadko ma tylko jedną przyczynę. Najczęściej wywołują ją różne czynniki, takie jak: negatywne doświadczenia, ciężkie choroby trwające długi czas, czynniki dziedziczne, cechy osobowości, warunki życiowe, układy rodzinne i zawodowe. Pomimo licznych czynników środowiskowych mogących wywołać zaburzenia depresyjne, kluczowy pozostaje przewlekły stres. A dzisiejsza rzeczywistość powoduje, że wiele osób nie radzi sobie z wyzwaniami stojącymi przed nimi. Depresja ma też skłonność do nawrotów – ok. 75% osób, których dotknęła, dozna jej ponownie w ciągu dwóch lat od poprzedniego epizodu. Wyraźną przyczynę można zauważyć z reguły tylko w przypadku pierwszych trzech-czterech nawrotów. Kolejne epizody pojawiają się niejako z automatu – bez wyraźnej przyczyny. Obok obniżenia nastroju, spadku aktywności, energii życiowej, utraty zainteresowań, zaburzeń rytmu snu i czuwania, często także obsesyjnych myśli o śmierci; jeden z podstawowych objawów depresji, to anhedonia. Jest to niezdolność do przeżywania radości, szczęścia i satysfakcji wtedy, gdy taka reakcja byłaby naturalna i wcześniej, przed okresem depresji, występowała. Psychiatrzy do tej pory traktowali anhedonię jako wynik „choroby”. Jak jednak wykazują najnowsze badania, anhedonia składać się może z dwóch elementów, z których jeden może być prognostykiem depresji na długo przed tym, zanim człowiek przestanie być zdolnym do odczuwania przyjemności. Oznacza to, że zanim dojdzie do tego, że zostanie utracona zdolność do odczuwania przyjemności, występuje wcześniejsza faza
– zaniechanie poszukiwania sytuacji, które są źródłem tych przyjemnych doznań.

Samotność jest tym negatywnym stanem, który może doprowadzić do dezintegracji osobowości. Samotności towarzyszą takie doświadczenia, jak: samoalienacja, nieufność wobec innych, poczucie winy, wstyd, lęk, poczucie niedopasowania społecznego – co wzmaga podatność na zaburzenia psychiczne. Sprzyja również różnym formom uzależnień (alkoholizm, narkomania), które stosuje się jako mechanizmy obronne. Istnieje też istotna korelacja: samotność-depresja. Zaś samotne, długotrwałe borykanie się jakiejś osoby z objawami i skutkami depresji może ją doprowadzić do swoistego zerwania kontaktu z rzeczywistością. Jest to wynikiem pogrążania się przez nią w smutku, opisywanym jako zapadanie się w ciemności. Według relacji osób w depresji, „jak w czeluści, oddziela ich od świata czarna ściana. Czarna jest ich przeszłość, teraźniejszość i przyszłość”. Patrząc na ludzi pracujących, bawiących się i śmiejących, osoba w depresji ma uczucie, jakby patrzyła na nich z głębi studni; gdzieś wysoko jest słoneczny dzień, który ją tylko drażni kontrastem i beznadziejnością jej egzystencji. Co do innych objawów: zwykle od dłuższego czasu nie odczuwa już ona radości, nic jej nie cieszy, traci zainteresowanie codziennymi czynnościami. Często przestaje ją też interesować w co się ubiera i jak wygląda; zaniedbuje higienę, zapuszcza zarost, przestaje chodzić do fryzjera itp. Jej waga może znacznie spaść lub wzrosnąć, może też mieć bóle głowy, żołądka i pleców, bóle mięśniowe, kołatanie serca. Ciągle jest zmęczona i senna, nie mogąc zasnąć do późna w nocy lub budząc się bardzo wcześnie rano. Czuje ona, że jej myśli i ruchy są jakby „w zwolnionym tempie”, a wszystkie członki stają się wyjątkowo ciężkie. Przeczytanie książki lub gazety to dla niej wysiłek, nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, o czym był przeczytany tekst. Może mieć ona mgliste wspomnienia tego co robiła kilka dni temu, tracić rachubę czasu. Odczuwa lęk, ale nie wie przed czym konkretnie i boi się wyjść z domu. Może mieć myśli samobójcze, planować i wyobrażać sobie swój pogrzeb, przygotowywać listy pożegnalne. Zdarza się, że ogranicza ona lub zrywa zupełnie kontakty z sąsiadami, znajomymi i rodziną. Rozmawia z bliskimi tylko gdy musi, krótko i rzeczowo, często przy tym kłamiąc albo udzielając wymijających odpowiedzi na pytania o jej zdrowie, samopoczucie i o to, co właściwie robi. Zanika stopniowo jej życie seksualne,
a w rezultacie kontakt z partnerką/partnerem ulega osłabieniu lub jest zrywany. Partnerzy i inni bliscy takiej osoby mogą uważać to, o czym mówi, za objawy jej słabego charakteru i jakiejś złej woli. Wywołuje to często konflikty, ponieważ osoba w depresji ma już dosyć „brania się w garść”, „mobilizowania się” i „dyscyplinowania” oraz „chłodnej oceny” sytuacji. Ma przecież problem z czymś takim jak słabość, wrażliwość, bezbronność i niepewność. Siebie traktuje ona jak wroga i kiedy noga jej się powinie, wymierza sama sobie karę.

Natomiast osoby usilnie tające depresją mogą zachować się zupełnie „normalnie” i mogą nawet wyglądać na zadowolone z życia. Jednak również odczuwają bardzo silną nienawiść do siebie samych. Jednocześnie, w związku z tym, osoby takie mogą planować akt samobójstwa – zazwyczaj bardzo starannie, tj. szczegółowo: czas, miejsce i sposób jego dokonania. Erwin Ringel, psychiatra i suicydolog, pisze, że „ustalenie takich detali jest końcowym etapem podejmowania decyzji. Kiedy już ją podejmą, stają się spokojni, rozluźnieni. Szczególnie widać to u osób depresyjnych, „wchodzących w tunel, w którym niczego się już się nie czuje, jak w narkozie. Zostaje tylko jedna myśl: uciec, zasnąć – nie umrzeć, ale właśnie zniknąć, zasnąć”. Jeśli z etapów samobójstwa wyobrażonego i upragnionego przechodzą one już do planowania, to potem – jak to ujmują suicydolodzy – w tzw. procesie samobójczym jest już tylko czwarty, ostatni etap: samobójstwo dokonane. Lecz nie zawsze, bowiem niektórzy na etapie „samobójstwa upragnionego” dożywają sędziwego wieku. Dr Iwona Koszewska, doświadczona lekarka psychiatra, mówi: „zdecydowana większość osób w depresji ma myśli dotyczące sensu własnego życia, myśli rezygnacyjne, w tym samobójcze. Prawie każdej depresji może towarzyszyć poczucie bezradności, bezsilności, winy. Większość jednak nie do końca jest zdecydowana odebrać sobie życie. Silnemu pragnieniu śmierci towarzyszy zazwyczaj silna chęć życia. Samobójstwo ma często uwolnić od cierpienia, z którym życie jest niemożliwe, a nie jest aktem sprzeciwu wobec życia w ogóle”.

Jak wiele trzeba, aby i społeczeństwo odrzuciło osobę w depresji? Czasami wszak wystarczy mu jedna cecha, zupełnie niezawiniona i nieznacząca, ale mimo to sprawiająca, że ktoś jest „inny”. Już nawet „nieestetyczna” choroba czy widoczna ułomność ciała albo jakieś błahe ale przykre zdarzenie z przeszłości może sprawić, że dana osoba wypadnie poza nawias, a w jej towarzystwie będzie się odczuwało dyskomfort i zażenowanie. Również starość i często wiążąca się nią, wspomniana już samotność, wypychają ludzi na margines życia społecznego. Takie stany, sytuacje i zdarzenia mogą przekreślić nie tylko karierę zawodową, ale i życie rodzinne lub towarzyskie. Dają poczucie permanentnej osobistej porażki (pasma kolejnych życiowych klęsk), poczucie wstydu i bycia gorszym, a w konsekwencji obiektem ostracyzmu. Ludzie, którzy niewiele wiedzą o depresji, uważają ją często za przejaw lenistwa, obłomowszczyzny i traktują z lekceważeniem lub pogardą. W skrajnych przypadkach może to prowadzić do wspomnianej samonienawiści i poczucia nieadekwatności społecznej.

Niestety, stygmatyzacja dotycząca osób korzystających z powodu depresji z „leczenia” (farmako- czy psychoterapii) jest wpisana w szerszy obszar stygmatyzacji dotyczącej osób doświadczających trudności psychicznych w ogóle. Ludzie cierpiący na depresję – nawet jeśli nie korzystają z „leczenia” – są często wykluczani ze społeczeństwa i dlatego zazwyczaj wstydzą się tego faktu. Z sondażu przeprowadzonego przez CBOS wynika, że prawie trzy czwarte Polaków uważa, iż choroby psychiczne z założenia ukrywa się przed innymi. Według dr Anny Branieckiej (z Katedry Psychologii Pozytywnej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie) u podstaw wstydu związanego z korzystaniem z leczenia psychiatrycznego czy psychoterapii często leży znacznie szerszy problem współczesnych czasów – lęk przed byciem nie do końca sprawnym i efektywnym. W dzisiejszych burzliwych i przełomowych czasach, w których ogromną wagę przywiązuje się do osiągania życiowych sukcesów, przyznanie się do tego, że ktoś nie do końca sobie radzi, może być bardzo trudne. Zdaniem psychologa, trenera i psychoterapeuty Wojciecha Eichelbergera „przez ostatnie ćwierćwiecze obowiązywał model pędu za posiadaniem, które miało uczynić ludzi szczęśliwymi. Okazało się jednak, że w skali społecznej ilość cierpienia raczej wzrosła niż zmalała. Młodzi ludzie widzą, że ich rodzicom, kombatantom czasów przemiany ustrojowej, ten pęd nie dał szczęścia”. Nie odnieśli oni więc sukcesu życiowego pozwalającego na bycie przez nich w dalszym ciągu jakimś wzorem i autorytetem dla kolejnego pokolenia.

Harry Cleaver (amerykański lewicowy ekonomista związany przez lata z Uniwersytetem Teksańskim w Austin, autor książki „Struggle against work”) prosi, by spojrzeć na doświadczenie różnych grup wykluczonych: właśnie starszych albo niepełnosprawnych. Możliwości zaprzęgnięcia ich do kapitalistycznej maszyny są utrudnione, więc w społecznym odczuciu uważa się ich za mniej wartościowych. Za ciężar, w którego rozwój niechętnie inwestujemy. Maksimum tego, na co mogą liczyć, to zapewnienie im egzystencjalnego minimum. A i to nie wszędzie. Współczesne społeczeństwa odchodzą bowiem od solidarnościowych systemów opiekuńczych i emerytalnych. Oznacza to, że będziemy mieli więcej ludzi, których niskie płace i prekaryjne warunki zatrudnienia nie pozwolą na sfinansowanie godnej jesieni życia. Oni będą musieli pracować dłużej. Być może do końca. Wielu praca dosłownie zabije. Zabija ich zresztą cały czas. Stres, wypalenie, praca w trudnych warunkach. To nie są zmyślone problemy – Cleaver „nie widzi powodu, dla których ekonomiści czy politycy mieliby odwracać od nich wzrok. Problem, o którym mówi, jest reprodukowany z pokolenia na pokolenie. Faktyczne zniewolenie pracą zostało dawno temu usankcjonowane. Uchodzi za normalne i naturalne. Za człowieczy los. Jak wygląda ta reprodukcja współczesnego niewolnika? Rodzisz się i zostawiają cię w spokoju. Na chwilę. Każdy człowiek ma wtedy parę lat wolności i pewnie dlatego dzieciństwo jest dla tak wielu z nas mitycznym czasem szczęścia. Ale potem? Zaraz musi iść do szkoły”.

Według prof. Jonathana Rottenberga (amerykańskiego psychologa po Stanford University, zajmującego się przede wszystkim psychologią emocji i kierującego katedrą emocji i nastrojów na South Florida University, autora książki „The Depths: The Evolutionary Origins of the Depression Epidemic”) kultura współczesna oraz wszystkie inne, mają być uniwersalnym środkiem znieczulającym i „antydepresyjnym”. Coraz więcej potrzeb domagających się zaspokojenia, cywilizacja, sztuka, religia – wszystko to ma zająć nam czas i okłamać rozum
– wprowadzić go w trans – tak, byśmy nie mieli depresji. Czyli nie stawali oko w oko z prawdą, że żyjemy na świecie, który jest pełen zła i cierpienia, okrucieństwa i niesprawiedliwości, a życie zawsze prowadzi do śmierci. Jego zdaniem jest bardzo możliwe, że współczesna kultura, zwłaszcza zachodnia, źle spełnia tę rolę, odbierając wiarę w życie wieczne, a gloryfikując sukces, młodość i urodę. Za to daje „lekarstwa”: prozac, efectin czy asertin…

Zdaniem prof. Rottenberga depresja nie jest jednak defektem czy schorzeniem psychicznym ani zaburzeniem osobowości, a stanem jak najbardziej naturalnym, który w porządku naszego życia mentalnego i emocjonalnego ma swoje uzasadnione miejsce. W przekonaniu ewolucjonistów psychika jest przecież podstawowym obszarem adaptacji – służy przede wszystkim temu, żeby przetrwać. Szczęście czy dobre samopoczucie nie są więc w żaden sposób oczywistą jakością doświadczenia, a jedynie produktami ubocznymi dążeń do innych – w optyce Rottenberga głównie adaptacyjnych – celów.

Depresja jest więc nieocenionym spowalniaczem – kiedy ogarnia nas nierealistyczny pęd. Przynosi świadomość ograniczenia, konfrontuje z bezradnością, wprowadza bezruch tam, gdzie dominuje jednostronnie zorientowana aktywność. Ludzie, którzy nigdy nie doświadczyli stanu depresyjnego, mają często – co pokazują przytaczane przez prof. Rottenberga badania – nierealistyczną ocenę własnych możliwości, a także, mówiąc potocznie, nie uczą się na błędach, nie wyciągają wniosków z porażek.

Od prof. Jonathana Rottenberga płynie więc przekaz iście rewolucyjny. Należy rozpoznać ograniczenia; odejść od retoryki sukcesu i pozytywnej waloryzacji siły, sprawności oraz skuteczności; zaakceptować negatywne stany i nastroje, jako nieodłączny składnik życia psychicznego, tak samo potrzebne i ważne, jak stany pozytywne. Porzucić iluzyjny ideał szczęścia jako cel sam w sobie; odejść od kultury waloryzującej indywidualny sukces na rzecz kooperacji i wspólnotowości. Włączyć cierpienia i cierpiących do głównego nurtu kultury, do naszego myślenia i przeżywania rzeczywistości, zamiast alienacji, koncentracji na ideale wiecznej młodości i piękności, ukrywania chorych i umierających za szpitalnymi parawanami oraz reklamowymi kliszami budującymi nieistniejącą krainę wiecznej szczęśliwości…

Zachodnia kultura jest według prof. J. Rottenberga ekstremalnie depresjogenna. Wiele spośród takich ewidentnie kulturowych czynników, jak kult szczęścia, sukcesu – rozumianego jako powodzenie finansowe – sprawności, odpowiada za współczesną „epidemię depresji”. Na pierwszy rzut oka wydają się one dość łagodne – podobnie jak przekonanie, że możesz właściwie robić wszystko, pod warunkiem, że odpowiednio nastroisz swój umysł. Widać to szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie od małego wpaja się dzieciom w toku edukacji, że osiągną coś w życiu tylko pod warunkiem, że będą niebywale ambitne. Z jednej strony – to świetnie, z drugiej – kiedy te dzieci stykają się później z drapieżną rzeczywistością, ich wygórowane ambicje rozbijają się o jej rafy. Ma to często dominujący wpływ na rozwój depresji.

Zresztą jest tak nie tylko w USA. Według cytowanego już wyżej Harryego Cleavera, szkoła w całym współczesnym kapitalistycznym świecie wiele obiecuje. Mówi się tam, że wykształcenie to wehikuł społecznej mobilności, droga do lepszego jutra. Jednakże zdaniem tego badacza „awans przez ciężką pracę” to w kapitalistycznej rzeczywistości „użyteczna legenda”. Szkoła jest filarem tej legendy. Ale w praktyce w większości przypadków nie jest to już miejsce, w którym uczysz się poznawać kulturowe dziedzictwo oraz jego różnorodność. Albo rozwijać swoją wrażliwość moralną. Do szkoły chodzisz w gruncie rzeczy po to, by przygotować się do roli przyszłego pracownika. Zamiast chaotycznego biegania i odkrywania różnorodności sadzają człowieka w ławce i uczą dyscypliny. To musztra dokładnie skrojona pod jego przeznaczenie – małego trybiku w wielkiej machinie kapitalizmu. Uległego wobec wąskiej klasy zarządzających i czerpiących ogromne profity z tego interesu.

Jeszcze w latach 60. czy 70. wielu przynajmniej marzyło o innej szkole. Takiej, która przygotuje suwerennych obywateli do życia w autentycznej demokracji. Ale to się skończyło. W Ameryce od lat jest presja, by w szkole było mniej „nierynkowych bzdur”, a więcej nauki praktycznego zawodu. Bo oprócz instytucji obowiązuje tam również ideologia, przekonanie, że praca jest cnotą samą w sobie. To przekonanie łączy zresztą kapitalizm z sowieckim komunizmem. Na Zachodzie dominowała kalwińska etyka pracy, zgodnie z którą, jak pracujesz i ci się wiedzie, to znaczy, że Bóg pokazuje ci, że postępujesz słusznie. W krajach komunistycznych panował zaś duch „stachanowca”, który dowodził tego samego, tylko bez Boga. Pracuj i nie pytaj o nic, bo to sens sam w sobie.

W swojej najnowszej książce Rottenberg napisał przede wszystkim o dwóch elementach. Po pierwsze – o podstawowym systemie odpowiedzialnym za powstawanie nastrojów, który człowiek dzieli z innymi gatunkami. Po drugie
– o wielości rozmaitych czynników, które są specyficznie ludzkie, które ludzką depresję czynią znacznie bardziej dotkliwą i poważną, i które, zwłaszcza współcześnie, stały się bardzo intensywne.

Depresja jest zatem ceną, jaką płacimy za psychopatię współczesnej kultury, prowadzącą według innych badaczy do tzw. „demoralizacji”. Ale też jest niezwykle cennym sygnałem ostrzegawczym, pobudką, która – jeśli tylko odczytamy płynący z niej przekaz – może okazać się szansą na pełniejsze i prawdziwsze życie. Obniżony nastrój, negatywne uczucia spełniają zatem w pierwszym rzędzie funkcję informacyjną: mówią danej osobie, w jakim położeniu w danym momencie się znajduje, orientuje ją w rzeczywistości, wskazuje niebezpieczeństwo albo sytuację, w której nadmierne wysiłki są nieuzasadnione, bo prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu jest niskie bądź zerowe. Jeśli w jakiejś sytuacji określone zachowanie nie przynosi oczekiwanego efektu, obniżony nastrój spełnia rolę powstrzymującą daną osobę przed jego kontynuowaniem. Można przytoczyć bardzo dużo tego rodzaju sytuacji – które spotykają zarówno człowieka, jak i inne zwierzęta – kiedy to jest się w położeniu niebezpiecznym czy ryzykownym i dalsze działanie byłoby z tej perspektywy kompletnie bezzasadne. Na ironię zakrawa fakt, że choć przywykliśmy myśleć o depresji jako o „defekcie” czy oznace jakiegoś „braku” – tak naprawdę bierze się ona z tego wszystkiego, z czego, jako ludzie, jesteśmy najbardziej dumni. Ze zdolności do stawiania sobie bardzo ambitnych celów, zdolności do snucia opowieści o sobie. Potrafi to tylko człowiek
– genetycznie najbliższy mu szympans nie jest zdolny do żadnej narracji. Ze względu na te – i wiele innych – zdolności, ludzie byli w stanie podporządkować sobie inne gatunki, ale jednocześnie płacą za to wspomnianą „cenę”.

Natomiast medyczny model myślenia o depresji jest w pewnym sensie narzędziem utrwalającym neoliberalną, zachodnią wizję społeczeństwa. Ostatecznie chodzi o sprawność i funkcjonalność, a więc o jak najszybsze i skuteczne przywrócenie pracownika do pełnej produktywności – z pomocą farmako- albo psychoterapii. Koresponduje to z przytaczaną wyżej tezą dr Anny Branieckiej, dotyczącą lęku przed byciem niesprawnym i nieefektywnym. Podobnie spostrzega to H. Cleaver, dodając jednak jeszcze, że „większość ludzi nie wykonuje prac ani szczególnie potrzebnych, ani szalenie rozwijających. To oznacza, że życiowego zadowolenia muszą szukać poza pracą. W dzisiejszym świecie nie mogą tego robić, bo praca w kapitalizmie, który mamy dziś, rozlewa się i pożera czas wolny. Dlatego w ich interesie jest zmniejszenie obciążenia pracą”.

W takim ujęciu nie ma najmniejszego znaczenia, dlaczego depresja się pojawia, czego jest sygnałem, co się w tym doświadczeniu istotnego odsłania. Chodzi wyłącznie o pozbycie się jej, sprowadzenie do „schorzenia” podobnego grypie, a więc o reedukację osoby nią dotkniętej – żeby znowu mogła realizować kulturowy wzorzec, który de facto w cierpienie ją wpędził. Postępująca medykalizacja obniżonego nastroju, czy w ogóle negatywnych doświadczeń, jest tego zjawiska dobitnym przejawem.

Podejście – jeśli czujesz się źle, bierz leki i pozbądź się depresji – odcina nas kompletnie od możliwości rozumienia naszego nastroju, głębokiego przeżycia go, a tym samym odcina nas w ogóle od tego rodzaju doświadczeń, które są po prostu częścią ludzkiej kondycji. Oczywiście, do pewnego stopnia zrozumiałe jest tego rodzaju nastawienie, z drugiej jednak strony można myśleć, że w ten sposób ludzie pozbawiają się czegoś bardzo istotnego. I oczywiście, dopóty, dopóki ludzie nie popadają w iluzję – że depresja to „choroba” taka sama, jak inne choroby – nie ma nic groźnego w zastosowaniu środków przeciwdepresyjnych, jeśli cierpienie jest nie do wytrzymania. Cierpienie jest bowiem realne – i potrafi być po prostu straszliwe. Depresja jest dla prof. J. Rottenberga problemem z poziomu zdrowia publicznego, tak samo jak zabójstwa czy samobójstwa. Podobnie wspomniana już kilkakrotnie samotność – to też jest według niego ogromna kwestia z tegoż zakresu, gdyż ludzie, którzy czują się samotni, są generalnie mniej zdrowi, bardziej podatni na rozmaite choroby. Depresję J. Rottenberg zalicza właśnie do tej kategorii zjawisk, na których ludzie zajmujący się zdrowiem publicznym i wsparciem społecznym, poziomem życia i dobrym samopoczuciem populacji, powinni się szczególnie koncentrować. Zatem to, że nie traktuje depresji jako „choroby”, nie oznacza, że nie uważa, iż jest to bardzo poważny problem.

Wiele osób cierpiących na depresję nie wie po prostu, co zrobić. Bezkrytyczne podążanie za modelem medycznym może być w tym sensie zwodnicze, że osoba taka przestaje interesować się źródłami tego, co się z nią dzieje, oczekuje po prostu, że leki zaczną działać i problem minie. Mówi się o niej jako o „chorobie”, takiej, jak inne, związanej z deficytami pewnych substancji w mózgu, przepisuje się farmaceutyki, prowadzi kampanie uświadamiające w tym zakresie. Tymczasem badania pokazują, że skuteczność „leków” jest w przypadku depresji tak naprawdę niewielka, a liczba nawrotów po zaprzestaniu „leczenia” farmakologicznego – bardzo duża. Z całą pewnością łączy się to z brakiem tolerancji dla negatywnych emocji. To trochę wzajemnie napędzający się układ, który powoduje, że ludzie żyją pod jeszcze większą presją. Mają bowiem tendencję do postrzegania każdego sygnału, że nie są tak szczęśliwi jak „powinni”, jako sygnału potencjalnej choroby. Coś takiego widać na przykład w mediach społecznościowych, np. facebookowe profile zapełniane są raczej dowodami na dobre samopoczucie, radosnymi wydarzeniami albo zdjęciami, na których ludzie są szczęśliwi i uśmiechnięci. Mało kto pisze tam o momentach zwątpienia czy o swoim smutku.

Depresja bywa często momentem przewartościowania, tj. przyjrzenia się swoim wartościom i celom, które być może należałoby radykalnie przeorganizować. Kiedy ludzie zmagają się z depresją i jedyne, co mogą zrobić, to liczyć na „leki”
– które działają albo nie, i po których bardzo często depresja nawraca
są w sytuacji tak naprawdę beznadziejnej. Kiedy jednak zrozumieją, że za nastrój odpowiada szereg złożonych czynników, na które mają wpływ, o ile je dostrzegą, wówczas przechodzą na zupełnie inną pozycję. Ludzie muszą zrozumieć, że nastrój jest pewnego rodzaju informacją, komunikatem. Nie bierze się znikąd, nie jest zawieszony w próżni – i że w doświadczaniu go oraz obchodzeniu się z nim bardzo istotna jest perspektywa, z której na niego patrzymy. Można obniżone nastroje przyjąć z ich dotkliwym charakterem, analizować ich jakości, próbować dociec, skąd się biorą. Jest to skądinąd pogląd bardzo podobny do wielu technik psychoterapeutycznych. I oparty przede wszystkim na tym, co dzisiaj wiemy o nastrojach. W tym sensie – wydaje się, że jest to przekaz zdecydowanie pozytywny i napawający nadzieją.

O ile depresję wciąż niestety diagnozuje się jako „chorobę”, to tzw. „melancholia” jest zjawiskiem kulturowym o niezwykle szerokim kontekście. Wiadomo bowiem „powszechnie”, że melancholii nie trzeba „leczyć”, ponieważ to „nie choroba” i da się z nią żyć. Środkiem na nią jest np. wiara, niekoniecznie w bóstwo, czy jakąkolwiek inną instancję wyższą, ale chociażby w to, że życie ma jakiś sens. Jednak „temperament melancholijny” uważany był niegdyś za najgorszy z możliwych. Osoba legitymująca się takim stanem osobowości cierpiała na nadmiar „czarnej żółci” znajdującej się w organizmie (człowiek miał składać się z czterech żółci, które powinny pozostawać ze sobą w harmonii i symbiozie). Melancholik był „chudy i sczerniały, skąpy, złośliwy, zachłanny, podstępny, tchórzliwy, nieufny, hardy i gnuśny, smutny, leniwy, niewdzięczny i ospały. Jedynym jego rysem dodatnim była skłonność do samotnych studiów”. Nie wszystko to pasuje do „melancholika współczesnego”, czyli najczęściej osoby w jakimś wariancie depresji. Nie wyłamuje się ona jednak ze schematu leniwej, niedołężnej życiowo jednostki, która
– dotknięta dziwną, wewnętrzną usterką – nie potrafi zmierzyć się ze swoim bytem. Melancholia jest obecnie stanem, w którym nierozstrzygalny staje się problem sensu życia i świata.

Melancholię trzeba odróżnić od pesymizmu (łac. pessimus – najgorszy), tj. od postawy wyrażającej się w skłonności do dostrzegania tylko ujemnych stron życia, negatywnej oceny rzeczywistości oraz przyszłości. Pesymizm to także pogląd filozoficzny, który charakteryzuje brak wiary w przyszłość, w postęp społeczny, w celowość życia i jego wartość. Pesymizm psychologiczny to nastrój lub emocjonalna skłonność do dopatrywania się wszędzie przejawów lub zapowiedzi zła, z którymi wiąże się stosunek do świata nacechowany lękiem i poczuciem bezsilności. Skłonność zaś do przesadnego przewidywania wielu przeciwności, które mogą pojawić się na drodze do osiągnięcia zamierzonego wyniku to „pesymizacja”.

Według egzystencjalizmu ateistycznego człowiek pojawia się na świecie bez żadnego konkretnego celu, co więcej nie ma niczego, co uzasadniało by jego na nim bytność. Stąd bierze się dramatyzm istnienia ludzkiego – konieczność wzięcia całkowitej odpowiedzialności za własne życie. Nie jest to jednak takie proste, ponieważ istnienie jest niezwykle kruche i niepewne, dlatego też człowiek odczuwa lęk przed życiem. Analogicznie odczuwa również lęk przed śmiercią. Jest to także źródło jednego z głównych poglądów egzystencjalistów – że życie to bezsens, absurd.

Egzystencjalni ateiści przekonują, że człowiek jest pozostawiony sam sobie, dlatego musi robić wszystko, by zabezpieczyć swoją własną egzystencję. Nie może liczyć ani na innych ludzi, ani tym bardziej na Boga, ponieważ go nie ma. Nie wierzą oni w żaden transcendentny byt. Obecność innych ludzi jest tylko zagrożeniem dla jednostki, dlatego też wszyscy dążymy do zapanowania nad innymi. Tragizm ludzki wyraża się również w egzystencjalnej idei nieograniczonej wolności. Wolność totalna najzwyczajniej nas przerasta i jest źródłem frustracji, ponieważ ludzie nie potrafią się nią poprawnie posługiwać ani z niej korzystać. Ciągłe dokonywanie wyborów jest czynnością tak trudną, że na dobrą sprawę nikt nie jest w stanie sobie z tym poradzić. Albert Camus przekonywał w „Dżumie”, że obowiązkiem każdego jest bunt, czyli heroiczne tworzenie siebie w świecie porażonym przez absurd. Tylko na drodze buntu pojedyncza osoba jest w stanie zjednoczyć się z innymi, aby w ten sposób przezwyciężyć egoizm i osamotnienie.

Urealnienie nicości u Jean-Paul Sartre’a następuje w człowieku. Zgodnie z programem egzystencjalizmu człowiek jest bowiem napiętnowany niedającym się pokonać brakiem wynikającym z niepełności jego istoty. Każdy byt posiada określoną istotę, tylko nie człowiek: jego strona esencjalna jest z każdą sekundą inna, zmienna, określana przez jego egzystencję; Sartre dopowiada: nieistniejąca. Słynne zdanie Sartre’a „Człowiek jest tym, czym nie jest i nie jest tym, czym jest” dotyczy tego właśnie aspektu ludzkiej egzystencji: ciągłego niedookreślenia jego istoty, które skazuje go na zawieszenie w etycznej i zarazem ontologicznej próżni. Nicością jest życie człowieka – konkluduje Sartre – skoro jego krótkie wyłonienie się z nicości składa się wyłącznie z kolejnego pasma esencjalnego niebytu.

Ateistyczna, egzystencjalistyczna negacja Boga i usunięcie go z horyzontu naszego myślenia nie wyjaśniają bynajmniej ani problemu sensu świata i życia, ani dramatu zła i bólu. Jeśli zaneguje się istnienie Boga, wówczas człowiek sam musi dźwigać ogromne brzemię zła. Zarzut istnienia zła i oskarżenie zwracają się wtedy przeciwko niemu samemu. To on jest winny i odpowiedzialny za zło, które czyni. Staje się piekłem dla innych i dla samego siebie. Zło unicestwia, degraduje, załamuje nie tylko ciało, ale i ducha, triumfuje i rodzi ogrom cierpienia. Istnienie zła, bólu i cierpienia jest sytuacją mroczną, i niezrozumiałą samą w sobie. Ludzie są istotami szukającymi ocalenia i noszą w sobie przynajmniej niewyraźną intuicję, że istnieje świat szczęśliwy, bez łez, przemocy i boleści. Osoba wierząca ma poczucie absurdalności świata wydanego złu, ale nie zamyka się w samotnym i rozpaczliwym milczeniu. Wiara jest prawomocna. Jednak niewiara jest prawomocna także.

Warto w tym miejscu wspomnieć o przypadku osoby uważającej się przez całe życie za „ateistę” – i to w trzecim już pokoleniu. Po niedawnym tknięciu Boską Makaronową Macką – uwierzyła ona w Latającego Potwora Spaghetti (wystarczyło „pomyśleć o Nim czule”). Jej samopoczucie od razu znacznie się polepszyło: świadomość bezsensu i absurdu, irracjonalnego niepokoju i dezorientacji zniknęły, za to pojawiło się poczucie swobody i przynależności do wspólnoty. Napięcie, niepewność i lęk egzystencjalny poważnie się zmniejszyły, a humor wyraźnie jej dopisywał. I nie było przy tym tak, jak niektórzy sądzą (w tym niestety urzędy, ministerstwa i sądy administracyjne), że jej wiara w LPS była jakąś parodią i polegała na ciągłym naśmiewaniu się z „innowierców” – na nieustannym żartowaniu ich kosztem. Mowa tu bowiem o „prawdziwej wierze”, a nie o „parodii religii”, jako zjawisku kulturowym polegającym na działaniach i publikacjach „imitujących” istniejącą religię. Parodie te są najczęściej wyrazem protestu wobec nadmiernego, zdaniem ich twórców, wpływu religii na przestrzeń publiczną, zwłaszcza naukę i szkolnictwo (zob. np. wiara w Niewidzialnego Różowego Jednorożca). Mogą też być działaniem artystycznym bez jawnych intencji politycznych (np. Haruhizm). Formę parodii religii przyjmują czasem także ruchy fanowskie, czego przykładami są: Kościół Emacsa czy Iglesia Maradoniana (ze świętym za życia Diego i jego Boską Ręką). Istnieją też zjawiska mające cechy zarówno parodii religii, jak i religii właściwej, np. dyskordianizm („Śmiech jest także drogą do szczęścia”), Dudeizm (z prorokiem Lebowskim) i Kościół SubGeniuszu (życie to pogoń za „Slackiem”, luzem). Można również gdzieniegdzie spotkać wyznawców całkiem „wymyślonych” religii, jak Jediizm czy Matrixizm, traktujących je bardzo poważnie. Jednak, według wspomnianej wyżej osoby, Pastafarianizm jest wiarą w Boga jedynie prawdziwego, a nadto wyjątkowo wartościowego spożywczo.

Zdaniem zaś pewnego znanego pisarza, mającego najpewniej depresję, tak poszukiwane i cenione przez wszystkich, zarówno przez wierzących jak i niewierzących, poczucie humoru – nie może ich przed niczym uratować; humor właściwie niczemu nie służy. Ludzie mogą, jak stwierdził, podchodzić z humorem do życiowych wydarzeń przez lata, czasem przez bardzo długi czas, a w przypadku niektórych osób – aż do samej śmierci; ale w rzeczywistości „życie złamie im serce”. Niezależnie od zalet ich charakteru, takich jak odwaga, zimna krew i innych dobrych cech rozwijanych przez dany im czas, zawsze w ostateczności będą miały złamane serce. Przestaną wtedy żartować. „Pod koniec jest już tylko samotność, chłód i cisza. Pod koniec jest już tylko śmierć”.

Zatem w naszej kulturze ostatnie słowo należy niestety do śmierci. Z poczucia winy za zło może wywodzić się poczucie katastrofy. Może jednak być wytworem samej ciemności depresji. W ciemności tej człowiek styka się z nieskończonością śmierci. Śmierć jest katastrofą świata indywidualnego, ale zwykle świat indywidualny jest jednocześnie całym światem. Wprawdzie każdy wie, że po jego śmierci życie będzie się toczyć dalej, ale mimo to gdzie indziej tkwi w nim irracjonalne przekonanie, że jego śmierć oznacza koniec wszystkiego. Przekonanie to wynika stąd, że świat zewnętrzny jest dla każdego tylko jego światem przeżyć, czyli światem własnym. Nie można wyjść poza własny świat. Śmierć jest zagładą własnego świata, a tym samym całego świata. Osoba w głębokiej depresji jest w subiektywnym przeżyciu bliżej śmierci aniżeli na starość lub w ciężkiej chorobie somatycznej.

Zbliżenie do śmierci niesie ze sobą niebezpieczeństwo w postaci pokusy, by być w jej nieskończoność wciągniętym. Śmierć jest odpoczynkiem, końcem znoju życia, jest ucieczką przed tym wszystkim, co człowieka gnębi. Gdy świat odpycha, wówczas tylko śmierć pociąga. Dlatego w depresjach odsetek zamachów samobójczych w porównaniu z ogólną populacją wzrasta od kilkunastu do kilkudziesięciu razy. Zwykle są to poważne zamachy samobójcze i bardzo często skuteczne. Samobójstwo w depresji jest prawdziwym szukaniem śmierci, a nie „wołaniem o pomoc”. Natomiast gdy obniżenie dynamiki życiowej jest tak znaczne, że dana osoba nie jest w stanie zdobyć się na wysiłek związany z podjęciem żadnej trudnej decyzji (właśnie w bardzo głębokiej depresji) prawdopodobieństwo zamachu samobójczego jest na ogół mniejsze. Paradoksalnie, nierzadko zdarza się, że dopiero wówczas dokonuje ona zamachu na swe życie, gdy jej nastrój nieco się poprawi.

Znacznie lepiej z tymi wszystkimi zagadnieniami radzi sobie kultura i filozofia Wschodu. Według np. buddystów większość działań ludzkich jest bezwartościowa, o ile nie wręcz destrukcyjna. Działając pod wpływem żądzy lub strachu, nie można zrobić nic dobrego. Dlatego powstrzymanie się od robienia zła powinno poprzedzać czynienie dobra. Stąd potrzeba wstrzymania wszelkiej aktywności na czas niezbędny do zbadania własnych popędów i motywacji, ujrzenia całego fałszu w umyśle, oczyszczenia się ze szkodliwych iluzji. Dopiero wtedy można podjąć działania (Sri Nisargadatta Maharaj). Najważniejszą rzeczą jest odkryć, co jest najważniejszą rzeczą (Shunryu Suzuki). Lepiej jest nic nie robić, niż być zajętym robieniem niczego (Lao Tsu).

Jak stwierdza Budda: jedynym korzeniem cierpienia jest przywiązanie. Zrozumienie, że wszystko jest ulotne pomaga nam uwolnić się od przywiązania i bólu. Lecz i według niego są jednak wyjątkowe sytuacje, gdy ból nas przerasta.

Co robić, żeby nie poddać się depresji, nie popaść w melancholię ani nie pesymizować. Usilnie poszukiwać czy negować Boga, „nawracać się” na Buddyzm lub Pastafarianizm, podchodzić do życia z humorem? Może warto przeżyć nostalgię. Nostalgia to przyjemnie zabarwiona, lekko sentymentalna i niespecjalnie mocna tęsknota za przeszłością. Tradycyjnie uważało się ją za emocję niepożądaną, związaną z żalem i cierpieniem, a nawet chorobą psychiczną. Tymczasem badania zrealizowane w SWPS pokazują, że przeżywanie nostalgii może przynosić wiele korzyści. Podczas projektu badawczego, zrealizowanego w 2010 r. w ramach doktoratu pt. „Współpobudzenie pozytywnego i negatywnego afektu a jakość życia. Czerpanie korzyści z nostalgii”, przebadano w sumie 447 młodych osób w wieku
20-34 lat. Badania przeprowadziła wspomniana wyżej dr Anna Braniecka, pod kierunkiem prof. Ewy Trzebińskiej z Katedry Psychologii Pozytywnej SWPS. Według nich przeżywanie nostalgii zwiększa efektywność radzenia sobie z problemami i chroni przed wystąpieniem objawów depresyjnych, lękowych oraz pogorszeniem się stanu zdrowia. Wśród pozytywów wymieniają one także wpływ na sprawne adaptowanie się do trudnych sytuacji, lepsze rozumienie siebie i otoczenia oraz zapobieganie kryzysom psychicznym. W przypadku nostalgii afekt pozytywny dotyczy przywołania przyjemnych wspomnień z przeszłości danej osoby, natomiast afekt negatywny wynika z utraty obiektu tych wspomnień. Zgodnie z hipotezami badawczymi okazało się, że przeżywanie nostalgii, a szczególnie umiejętność przekształcania w nią smutku, wywiera korzystny wpływ na zdrowie fizyczne badanej osoby, jej samopoczucie psychiczne oraz różne wyznaczniki wysokiej jakości życia.

Nostalgia, jako złożona z pozytywnego i negatywnego afektu, umożliwia bardziej adekwatne przeżywanie rzeczywistości, odzwierciedla jednocześnie jej dodatnie i ujemne elementy. Większość sytuacji życiowych nie jest wszak jednoznacznie korzystna czy też niekorzystna, ale łączy w sobie często przeciwstawne znaczenia. Dr Braniecka zauważa, że przeżywanie takich emocji jak nostalgia może być bliskie dowolnej osobie.

Wstrzyknijmy uległej languście, która walczy z bardziej dominującym osobnikiem, trochę serotoniny. Sprawi ona, że zwierzę będzie zwlekać z decyzją o wycofaniu się ze z góry przegranej potyczki. Antydepresanty znacząco zwiększają wytrwałość w walce z przeciwnościami – przynajmniej u skorupiaków. Homary poddane przewlekłej kuracji fluoksetyną walczą bardziej zaciekle niż osobniki z grupy kontrolnej, którym wstrzyknięto roztwór soli. Skorupiaki na antydepresantach narażają się na ryzyko śmierci, pomimo warunków sygnalizujących im, że najwyższy czas do odwrotu. Niestety, stan euforii wywołany przez wskazany lek sprawia, że nie potrafią odczytać życiodajnych sygnałów alarmowych.

Te rezultaty badań mogą niepokoić, zważywszy na fakt, że miliony ludzi na całym świecie przyjmują tzw. inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny (z ang. Selective Serotonin Reuptake Inhibitor, SSRI). Wyniki sprzedaży leków z tej grupy poszybowały w górę, od kiedy – w 1987 r. – Prozac zaistniał na rynku amerykańskim. Sukces preparatu opierał się na hipotezie, zgodnie z którą fluoksetyna stanowi remedium dla osób cierpiących z powodu „patologicznie” niskiego poziomu neuroprzekaźnika – serotoniny.

Taki wizerunek depresji – jako „biologicznego schorzenia z łatwością leczonego przez antydepresanty” – bardzo pomógł lekom z grupy SSRI w osiągnięciu sukcesu rynkowego. Bardzo pomogła im też firma Eli Lilly, producent Prozaca, swoją szeroko zakrojoną akcją marketingową. Rozpowszechniono 8 milionów broszur zatytułowanych „Depresja, wszystko, co powinieneś wiedzieć” i 200 tysięcy plakatów, zawierających listę symptomów depresyjnych oraz zachętę do skorzystania z terapii, ponieważ na rynku pojawił się „bezpieczny lek”.

Na rezultaty kampanii marketingowej nie trzeba było długo czekać. W Wielkiej Brytanii liczba recept na antydepresanty pomiędzy 1991 i 2001 r. wzrosła z 9 do 24 milionów. Fluoksetyna nie traci na popularności, ponieważ jej działanie jest piorunująco skuteczne. Osoby, które ją przyjmują, tracą zdolność odbierania sygnałów zagrożenia i słabiej odczuwają nieprzyjemne uczucia. Dzięki temu realizują cele, niewiele się nad nimi zastanawiając.

Antydepresanty pomagają wytrwać w wyścigu szczurów. Dzięki nim pacjenci znajdują w sobie siłę, żeby, jak to trafnie ujął Nigel Marsh (autor książek, coach, marketingowiec), spędzać życie w pracy, której nie znoszą, by móc kupić rzeczy, których nie potrzebują, żeby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubią.

Wspomniany wcześniej Harry Cleaver ujmuje to równie dobitnie. „Większość ludzi nie pracuje dziś nad tym, co sprawia im przyjemność, poszerza horyzonty, pozwala się rozwijać albo pomagać innym. Większość ludzi pracuje, bo musi. Pracuje, żeby przeżyć. Jak nie będzie pracować, to – w zależności od miejsca, w którym żyje – albo umrze z głodu, albo się spauperyzuje, albo trafi do zakładu zamkniętego jako jednostka antyspołeczna. W Stanach Zjednoczonych nawet oficjalna definicja zdrowia psychicznego jest ściśle związana z pracą. Warunkiem zwolnienia z instytucji zamkniętej jest to, czy możesz podjąć pracę. Stworzyliśmy szereg zaklęć, by uśmierzyć ból niewolniczego żywota, którego doświadczamy. Ale brutalna prawda jest taka, że życie większości z nas polega na tym, że musisz albo znaleźć pracę, albo związać się z kimś, kto taką pracę ma. I jedno, i drugie jest formą uzależnienia. A potem? Praca, praca, praca, praca. W czterech na pięć przypadków dzieje się to według scenariusza: robisz rzeczy, które ktoś inny każe ci zrobić,
i w sposób, jaki ktoś inny chce, by to było zrobione. Nieważne, czy jesteś pracownikiem fizycznym czy umysłowym”.

Inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny osłabiają też uczucie wstydu i winy związane z utratą społecznego statusu oraz zmniejszają wrażliwość na krytykę społeczną. Osoby, które przyjmują fluoksetynę, rzadziej interpretują zachowania innych osób jako sygnały odrzucenia. Są też mniej zależne od akceptacji ze strony innych.

Prozac pomaga milionom ludzi na całym świecie. Jednak bardzo wielu nie tyle w osiąganiu osobistej równowagi, ile w lepszym przystosowaniu się do obecnie panujących norm społecznych. Lekarze coraz częściej zapisują fluoksetynę pacjentom, którzy chcieliby wytrwać w wyścigu szczurów, ale nie potrafią, bo przeszkadzają im: lęk, poczucie bezsensu oraz odczuwana wątpliwość: czy ja na pewno biegnę po właściwym torze?

Osoby cierpiące z powodu objawów depresji klasyfikowane są jako „chore psychicznie”, ponieważ tradycyjny model psychoterapii podkreśla racjonalne myślenie jako normę. Myśli depresyjnego pacjenta postrzegane są więc przez terapeutę jako nieracjonalne, zaburzone i nieadekwatne. Niestety, takie postawienie sprawy może tylko nasilić tkwiące w umyśle pacjenta poczucie porażki, nieadekwatności i bezwartościowości.

Co więcej, stwierdzenie, że dla ludzi myślenie racjonalne stanowi normę, to mit. Za jego rozpowszechnienie odpowiada sukces niefortunnej metafory postulowanej przed laty przez psychologów poznawczych – porównywali oni ludzki umysł do uniwersalnego komputera. Psychologowie ewolucyjni wykazali, dlaczego wspomniana metafora jest chybiona: ludzkie poznanie wykształciło się wszak nie po to, żeby rozwiązywać problemy ogólne, lecz w celu błyskawicznego reagowania na zagrożenia. W dużej mierze nasze poznanie nie jest racjonalne, lecz zależne od kontekstu; nie jest też zbyt dokładne, lecz może być piekielnie szybkie.

Profesor Paul Gilbert, szef Mental Health Research Unit oraz wykładowca psychologii klinicznej na Uniwersytecie Derby, stwierdza na łamach „Review of General Psychology”, że popularna dziś terapia poznawcza to uczenie pacjentów wyłączania albo osłabiania normalnych mechanizmów obronnych. Twórca poznawczej terapii depresji Aaron T. Beck uznaje, że depresja jest wynikiem patologicznych sądów pacjenta na własny temat – z tą opinią nie zgadza się prof. Gilbert. Badacz uważa, że należy informować pacjentów, iż tendencja do depresyjnych myśli w trudnej sytuacji, w jakiej się znaleźli, jest czymś absolutnie normalnym.

Istotnie, depresja w następstwie traumatycznych okoliczności jest naturalna. I zamiast tłumić jej początkowe objawy, warto wsłuchać się w nieprzyjemne sygnały płynące z organizmu i przekuć je na swoją korzyść. Choć nam współczesnym wydaje się to niedorzeczne, depresja wykształciła się po to, żeby pomóc przetrwać naszemu gatunkowi. Jest ona – jak to określa psychologia ewolucyjna – adaptacyjna, na co po raz pierwszy zwrócił uwagę brytyjski psychiatra John Price w 1967 r.

Antropolog John Tooby i psycholog Laura Cosmides twierdzą, że nasz umysł przypomina sieć dedykowanych określonym funkcjom modułów. Wykształciły się one w plejstocenie w celu rozwiązywania specyficznych problemów, zagrażających przetrwaniu i rozmnażaniu się naszych przodków, trudniących się wtedy zbieractwem i łowiectwem. Każdy z modułów ma swój neurologiczny odpowiednik. Mechanizmy te kształtowały się najprawdopodobniej przez 5 milionów lat; proces zakończył się
ok. 10 tysięcy lat temu na obszarach Azji i Doliny Nilu. Wszystkie zachowania, które przynosiły ludziom reprodukcyjną korzyść, zapisane zostały w ludzkim genomie.

Jednym z nich jest właśnie depresja – mechanizm obronny, uruchamiany w sytuacjach, w których wysiłki jednostki mogą skutkować niepotrzebnym marnowaniem energii, ściągnąć na nią niebezpieczeństwo, narazić ją na utratę zasobów lub na śmierć czy uszkodzenie ciała.

Interesującego dowodu na to, że depresja jest „programem” odziedziczonym po praprzodkach, a nie chorobą psychiczną, dostarczył neurobiolog behawioralny prof. Antonio Damasio. Opisał przypadek 65-letniej pacjentki, w której rodzinie nigdy wcześniej nie było depresji, sama również nigdy na nią nie cierpiała, była natomiast dotknięta parkinsonizmem. Ponieważ jej organizm przestał reagować na mniej inwazyjne formy terapii, lekarze szukali obszaru mózgu, w którym można zamocować na stałe elektrodę w celu przyniesienia pacjentce ulgi. Wszczepienie jej spowodowało niespodziewaną reakcję emocjonalną pacjentki
– nagle posmutniała i przestała mówić. Po kilku sekundach zaczęła płakać i sprawiała wrażenie totalnie nieszczęśliwej. Zaczęła skarżyć się na to, jak bardzo jest smutna, wykończona i wyzuta z energii. Jej opis brzmiał jak wyjęty wprost z podręcznika psychopatologii – żaliła się, że jest bezwartościowa, bezużyteczna i nie ma już po co żyć. Reakcja pacjentki zszokowała lekarzy i, oczywiście, odłączyli prąd. W ciągu niespełna dwóch minut jej zachowanie i postawa powróciły do poprzedniego stanu, a po objawach depresji nie został nawet ślad.

Depresję dało się zatem włączyć za pomocą elektrod i wyłączyć w taki sam sposób. Tłumaczy to wysoką skuteczność terapii elektrowstrząsowej, przy takim jej „leczeniu” (skutkiem ubocznym są zaniki pamięci, dlatego lekarze sięgają po nią w ostateczności).

Scena opisana przez prof. Damasio dowodziłaby istnienia modułu depresji ukształtowanego w czasach, kiedy ludzie żyli w małych grupach, liczących pomiędzy 20 a 150 osób. Praludzie byli wyjątkowo czuli na punkcie osobniczego statusu i jednocześnie wysoce od siebie uzależnieni w walce o przetrwanie. Zdaniem prof. Pricea, ówczesne ludzkie społeczności pod względem hierarchiczności przypominały stada pawianów – agresywnych małp prowadzących naziemny i stadny tryb życia toczących nieustanne boje o dominację. Według Pricea, ekonomika emocjonalna pawianów jest prosta: przejawiają one irytację względem położonych niżej w stadzie, niepokój wobec położonych wyżej, podniecenie na myśl o awansie i przygnębienie na myśl o spadku w hierarchii.

Zgodnie z hipotezą rywalizacji społecznej, opisanej przez Price’a w 1994 r. na łamach „British Journal of Psychiatry”, depresja wyewoluowała jako rytualna forma zachowania w obliczu porażki społecznej. Produkt depresji – tymczasowa psychologiczna niemoc, sygnalizuje uległość względem zwycięzcy konfrontacji. Choć osobnik traci status w hierarchii, to wychodzi z konfrontacji bez uszczerbku na zdrowiu. Depresja pełni więc funkcję sędziego sportowego w zawodach. Albo inna analogia: pies przegrywając w walce z silniejszym rywalem pokazuje brzuch
– objawy depresji mówią silniejszemu osobnikowi: on ci nie zagraża, nie rób mu krzywdy.

Depresja więc to nieświadomy, niepodlegający wolicjonalnej kontroli program, ułatwiający zaakceptowanie porażki w rytualny sposób, a następnie oswojenie się z obniżeniem społecznej rangi. Zły nastrój sprzyja refleksji i wprowadzeniu stosownych korekt do obranego przez siebie kursu życiowego.

Obniżony nastrój pomaga wycofać się z sytuacji daremnych, nieopłacalnych lub niebezpiecznych. Depresja reaktywna wiąże się z kryzysami życiowymi
– obecnie niosą je takie sytuacje, jak utrata pracy, rozwód, bankructwo. Pośpiech to zły doradca dla osób, które znalazły się na rozstaju dróg, bo koszty rozpoczynania życia od nowa są wysokie. W depresji czas zwalnia, co sprzyja unikaniu błędów.

Zdaniem biologa ewolucyjnego prof. Randolpha M. Nesse depresja może być użyteczna, gdy warto zaprzestać brnięcia w niesatysfakcjonującą inwestycję życiową i powstrzymać się od przedwczesnej pogoni za alternatywami. Pod wpływem pozytywnego afektu mamy tendencję do niezważania na niebezpieczeństwo i przeceniania szans na sukces. Natomiast afekt negatywny skłania do unikania ryzyka i potencjalnych zagrożeń. Na analogicznej zasadzie ostry, skrajnie nieprzyjemny ból fizyczny po urazie powstrzymuje nas od aktywności ruchowej, mogącej doprowadzić do poważniejszych obrażeń.

Depresja może być więc postrzegana nie jako „patologia”, ale jako komunikat emocjonalny, który mówi: nie brnij w to, wycofaj się. W licznych badaniach wykazano, że osoby, które mają zdolność do porzucania obranego celu w obliczu nieuchronnej porażki, są zdrowsze: cieszą się lepszym samopoczuciem, mają niższy poziom kortyzolu we krwi, rzadziej cierpią z powodu stanów zapalnych i deklarują mniej symptomów chorobowych.

Należy przy tym pamiętać, że depresyjne oprogramowanie napędzające nasze umysły jest przestarzałe, napisane przez naturę z myślą o specyfice plejstocenu. Warto poznać i zrozumieć inne atawistyczne mechanizmy, którym podlegamy. Jeden z nich to agorafobia (lęk przed przebywaniem w otwartej przestrzeni, tłumem itd.) – dziś do cna dysfunkcjonalna, w czasach pradawnych pomagała unikać miejsc, z których trudno byłoby uciec, schronić się. Innym przykładem jest niepokój, który wykształcił się jako system alarmowy, przestrzegający przed możliwym zagrożeniem i zmuszający do podjęcia niezwłocznej akcji. Niepokój miał (i w wielu przypadkach nadal ma) wartość dla przetrwania. Jeżeli nasz drzemiący praprzodek usłyszał odgłos trzaskającej gałązki, to w jego interesie leżało podjęcie niezwłocznego ruchu (ucieczki lub uzbrojenia się i zaalarmowania sojuszników). Koszty fałszywego alarmu były stosunkowo niewielkie, natomiast zachowanie spokoju groziło śmiercią. Program ten nie jest już tak bardzo użyteczny, jak w zamierzchłej przeszłości. Stanowi on wręcz przekleństwo dla milionów osób cierpiących z powodu irracjonalnego lęku.

Program depresji również nie jest idealnie przystosowany do wymogów epoki postindustrialnej. Prof. Nesse twierdzi, że zaburzenia nastroju są obecnie tak bardzo powszechne dlatego, że pozbawieni jesteśmy kontaktu z krewnymi, wiary oraz rytuałów, które odciągały naszych przodków od popadania w cykle depresyjne. Szczególnie pomocna dla zrozumienia współczesnej eksplozji przypadków depresji jest hipoteza społecznej rywalizacji – „epidemia depresji” może być efektem masowych porażek w zdobyciu albo utrzymaniu społecznego statusu i patologicznej pogoni za nieosiągalnymi celami.

Prof. Randolph M. Nesse oraz biolog ewolucyjny prof. George C. Williams podkreślają, że wiele aspektów chorób psychicznych stanowi systemy obronne na analogicznej zasadzie, jak kaszel zapobiega nagromadzeniu się flegmy w płucach. Objawy depresji są zjawiskiem naturalnym, nie można ich uznać za produkt uboczny zaburzonej biochemii mózgu. Co nie oznacza, że zawsze są użyteczne. Depresyjne myśli mogą ludziom poważnie zaszkodzić, gdy są zbyt intensywne i zbyt długotrwałe. Wtedy należy skorzystać z terapii.

W 2004 r., gdy świat wierzył już mocno w farmakologię jako panaceum na depresję, podczas dorocznego zjazdu Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego dr Michael Thase przedstawił dane, według których połączenie antydepresantów i psychoterapii daje najlepsze skutki w przypadku poważnej depresji, pomaga pacjentom szybciej podnieść się do pionu i rzadziej wystąpią u nich nawroty w porównaniu z tymi, których kuracja sprowadzała się do przyjmowania „leków”. Podczas tej samej sesji wykazano, że sama psychoterapia może wywołać zmiany w funkcjonowaniu mózgu – analogiczne do tych, które powoduje farmakoterapia. National Institute of Mental Health potwierdził, że sama psychoterapia, przy łagodnej oraz umiarkowanej depresji, daje równie dobre rezultaty, co kombinacja leków i psychoterapii.

Ewolucyjny psycholog kliniczny dr Stephen S. Ilardi proponuje sześcioskładnikową terapię depresji, która zakłada neutralizację krytycznych różnic pomiędzy obecnym środowiskiem a środowiskiem naszych praprzodków. Wychodzi z założenia, że pra­ludzie spędzali większą część dnia na zewnątrz, wystawieni byli na bezpośrednią i przedłużoną ekspozycję promieni słonecznych, przejawiali wysoki poziom aktywności fizycznej: polowali, zbierali, budowali schronienia, wytwarzali narzędzia. Żyli w małych, zwartych grupach,
a nie w odizolowanych rodzinach. Ich diety znacznie różniły się od obecnych jadłospisów.

Na ewolucyjną terapię depresji składają się:

  • zwiększenie konsumpcji tłuszczy z rodziny omega-3,
  • przynajmniej 30-minutowa bezpośrednia ekspozycja na promienie słoneczne każdego dnia,
  • ćwiczenia fizyczne,
  • codzienne kontakty towarzyskie z przyjaciółmi i rodziną,
  • zadbanie o właściwą higienę snu,
  • unikaniu ruminacji, czyli obsesyjnego myślenia, czy wszystko zrobiłem w porządku.

Dla 75% pacjentów 14-tygodniowa terapia ewolucyjna zakończyła się sukcesem. Wysoka skuteczność terapii dr. Ilardi może stanowić dla nas powód do radości – tym bardziej że statystyki zapadalności na depresję alarmująco rosną.

Można zatem uznać, za antropologiem prof. Edwardem H. Hagenem i innymi badaczami, że współcześnie obowiązujący, zachodni model depresji jako „choroby psychicznej”, jest w dużej mierze niepoprawny. Począwszy od starożytności do lat 70. klinicyści nie uważali objawów depresyjnych za „patologię”; „chorobę” diagnozowano tylko wówczas, gdy objawy wystąpiły bez przyczyny, były zbyt nasilone lub zbyt długotrwałe względem czynnika, który je wywołał. Dopiero w latach 70. w oficjalnym podręczniku Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego wydano zalecenie diagnozowania tych objawów, jako „choroby psychicznej”, niezależnie od okoliczności (jedyny wyjątek od tej reguły stanowiło przeżywanie żałoby). Takie podejście jest coraz częściej kwestionowane, a zainteresowanie perspektywą ewolucyjną wzrosło. To dobra wiadomość dla cierpiących z powodu łagodnej lub umiarkowanej depresji. W modelu tradycyjnym narzuca się im stygmat „chorego psychicznie”. Model ewolucyjny z takim podejściem jest sprzeczny
– z korzyścią dla pacjenta.

Wypada jeszcze zwrócić uwagę na dwojakie aspekty objawów depresji:

  • Ruminacja – obsesyjne odtwarzanie w umyśle negatywnych wydarzeń, emocji oraz implikacji tych emocji. Często towarzyszy depresji, nasila występowanie innych depresyjnych objawów.

Ale: część teoretyków uważa, że ruminacja to pozytywne zjawisko, pomagające zrozumieć przyczyny i konsekwencje złożonych problemów, które wywołały objawy depresji w celu uniknięcia ich nawrotu w przyszłości, a także przemyślenia własnych celów i strategii ich osiągania.

  • Anhedonia – obniżona zdolność odczuwania pozytywnych emocji.

Ale: pozytywne emocje zdaniem wielu uczonych nasilają podejmowanie ryzyka, smutek skłania do rezerwy, refleksji.

  • Niepokój – bolesny stan nerwowości powodowany wyobrażonymi przyszłymi stratami. Prowokuje zamartwianie się i nadmierną czujność.

Ale: w sytuacjach zagrożeń zapobiega nieprzemyślanym decyzjom.

  • Zaburzenia snu – wybudzenie, forma nocnej hiperczujności, objaw szczególnie męczący.

Ale: trudno go uniknąć, gdyż od zarania dziejów pomagał nam przetrwać rozliczne zagrożenia.

  • Płaczliwość – sygnalizuje zaburzenia nastroju.

Ale: jest też czytelnym sygnałem – prośbą o pomoc, o wsparcie społeczne.

  • Zmęczenie – uniemożliwia podejmowanie działań

Ale: także tych zbędnych.

  • Pesymizm – zmniejsza inicjatywę, odpowiada za wycofanie się organizmu z realizacji obecnego i potencjalnego celu.

Ale: bywa korzystny, jeśli przyszłe wysiłki mają znikome szanse powodzenia.

Według Johna F. Schumakera, psychologa klinicznego, akademika, pisarza i krytyka społecznego z Nowej Zelandii – wkrótce będziemy mieli do czynienia nie tylko z „epidemią depresji”, ale wręcz z „Epoką depresji”. Wygląda na to, że naszego marszu w tym właśnie kierunku nic już nie powstrzyma. Trzy dekady temu średnia wieku osób, u których odnotowano początki depresji, wynosiła 30 lat. Dzisiaj spadła do 14 lat. Badacze tacy jak Stephen Izard z Uniwersytetu Duke’a zwracają uwagę, iż tempo rozprzestrzeniania się depresji w uprzemysłowionych społeczeństwach Zachodu podwaja się z nadejściem każdego nowego pokolenia. Oznacza to, że ponad połowa młodych ludzi w wieku 18-29 lat nie uniknie tej przypadłości. Wystarczy dodać jedną generację, by dojść do straszliwego wniosku: praktycznie wszyscy padną ofiarą depresji.

Jak już wyżej wspomniano, w przeciwieństwie do wielu tradycyjnych kultur, w których nie istnieje ani depresja, ani określający ją termin, zachodnia kultura konsumpcyjna z pewnością jest na nią podatna. Jednakże regularność, z jaką powraca w naszych codziennych rozmowach i publikacjach, sprawiła, iż słowem „depresja” opisuje się teraz stany umysłu, które należy rozumieć inaczej. Po dokładniejszym przetestowaniu okazuje się bowiem, że gros osób rzekomo dotkniętych depresją faktycznie nie zdradza objawów zgodnych z postawioną diagnozą. W największej dotychczasowej analizie dr Ramin Mojtabai ze Szkoły Zdrowia Publicznego im. Johnsa Hopkinsa przebadał ponad 5.600 przypadków i stwierdził, iż tylko 38% z nich odpowiada klinicznym kryteriom depresji.

Zamieszanie potęguje równie podstępna „epidemia demoralizacji”, która dręczy współczesną kulturę. Ponieważ pewne jej symptomy są wspólne depresji, demoralizacja bywa błędnie klasyfikowana i „leczona” jako depresja. Główną przyczyną niskiej, 28% skuteczności antydepresantów jest to, że wysoki odsetek „leczonych” cierpi na demoralizację, czyli dolegliwość odporną na działanie takich środków.

W przeszłości nasze rozumienie demoralizacji ograniczało się do określonych przykładów ekstremalnych: wyniszczających obrażeń fizycznych, śmiertelnej choroby, obozów jenieckich lub taktyk wojskowych podkopujących morale. Ale istnieje też jej odmiana kulturowa, która znajduje swój bardziej subtelny wyraz i rozwija się za kulisami normalnego, codziennego życia w patologicznych realiach kulturowych, jakie panują obecnie. Współczesny „konsument” praktycznie nie ma szans, by uniknąć zarażenia demoralizacją wywołaną kulturowo.

W odróżnieniu do depresji – demoralizację definiuje się jako odmianę zaburzeń egzystencjalnych związanych z zagubioną „mapą poznawczą”. Jest to wszechogarniający kryzys psycho-duchowy, w uścisku którego czujemy się zdezorientowani i niezdolni do zlokalizowania znaczenia, celu lub źródeł zaspokojenia potrzeb. Świat traci swoją wiarygodność, a dawne poglądy i przekonania rozpadają się na wątpliwości, niepewność i utratę kierunku. Towarzyszy temu frustracja, złość i gorycz, a także poczucie uczestnictwa w przegranej sprawie lub bitwie. Etykieta „depresji egzystencjalnej” nie jest tu adekwatna, ponieważ demoralizacja stanowi realistyczną odpowiedź na okoliczności wywierające wpływ na życie danej osoby.

Przyswojona kultura konsumpcyjna osłabia struktury osobowości, mechanizmy obronne i kładzie podwaliny pod ostateczną demoralizację. Jej cechy napędowe – indywidualizm, materializm, hiperkonkurencja, chciwość, nadmierne skomplikowanie, przemęczenie, pośpiech i zadłużenie – odbijają się negatywnie na zdrowiu psychicznym i/lub społecznym. Poziom intymności, zaufania i prawdziwej przyjaźni odnotował w życiu ludzi gwałtowny spadek. Źródła mądrości, wsparcia społecznego i wspólnotowego, komfortu duchowego, rozwoju intelektualnego i edukacji życiowej po prostu wyschły. Bierność i wybory konsumenckie wyparły kreatywność i kunszt. Atrybuty odporności, chociażby cierpliwość, powściągliwość i hart ducha, zastąpiło zniecierpliwienie, przesadna pobłażliwość i masturbacyjne podejście do życia.

Badania pokazują, że w porównaniu z czasami minionymi większość ludzi nie potrafi dzisiaj zidentyfikować żadnej filozofii życia czy zbioru zasad przewodnich. Bez egzystencjalnego kompasu skomercjalizowany umysł ulega sile przyciągania „filozofii daremności” – jak określa ją Noam Chomsky – w obliczu której ludzie czują się odarci z siły sprawczej i znaczenia, które wykraczałoby poza zaprogramowaną rolę uległych konsumentów. Pozbawione głębokiej treści, oddalające się od innych i samego siebie, kruche konsumenckie „ja” łatwo ulega fragmentacji i zniechęceniu.

Naczelne zasady organizacyjne i praktyki kultury konsumpcyjnej zaprojektowano tak, by utrwalały „próżnię egzystencjalną” będącą prekursorem demoralizacji. Ta wewnętrzna pustka często przybiera spodziewaną postać chronicznego i nieuniknionego znudzenia. Wbrew zewnętrznym pozorom epoka konsumenta jest śmiertelnie nudna. Stan ten nie rodzi się dlatego, że wykonywane czynności są ze swej natury niezajmujące, lecz dlatego, że uczestnik nie odnajduje w nich znaczenia. Skoro żywot konsumenta kręci się wokół bezsensownych, sfabrykowanych, trywialnych, materialnych pragnień, zostaje on szybko wypełniony znużeniem i niezadowoleniem. Popada on w „zblazowanie” – stan totalnej niemożności reagowania na nowe podniety i bodźce wywołany nadmiarem wrażeń. To z kolei przeobraża się stopniowo w „nudę egzystencjalną”, czyli bytowanie nieinteresujące i niewdzięczne.

Konsumpcja jest wadliwą platformą motywacyjną społeczeństwa. Powtarzane, nieumiarkowane spełnianie zachcianek służy jedynie przyzwyczajaniu do bodźców i zmniejsza przyszły potencjał satysfakcji płynącej z tego, co jest konsumowane. W ten sposób miarowo rozwija się „anhedonia konsumencka”, w której konsumpcja traci zdolność zaspokajania i oferuje wyłącznie chwilową ucieczkę i wartość rytualną. Konsumpcjonizm i psychiczna martwota są nierozłącznymi towarzyszami.

Indywidualistyczne modele umysłu utrudniają nam zrozumienie wielu zaburzeń pochodzenia kulturowego. Aczkolwiek w ostatnich latach wzrosło zainteresowanie tematyką „zdrowia kulturowego” i „złej kondycji zdrowotnej” odbijających się na samopoczuciu ogólnym. Jednocześnie odchodzimy od naiwnych modeli behawioralnych i powracamy do oczywistego faktu, iż istota ludzka posiada fundamentalną naturę, a także osobny zestaw „ludzkich” potrzeb, które muszą być uwzględnione w planie kulturowym.

W swojej przełomowej książce „Porządek moralny” antropolog Raoul Naroll użył terminu „sieć moralna”, aby wskazać infrastrukturę kultury niezbędną dla dobrego samopoczucia jej członków. Przywołując liczne przykłady, udowodnił, że całe społeczeństwa mogą zapaść na wiele chorób umysłowych, gdy rozkład ich „sieci moralnej” przekroczy pewną granicę. Aby do tego nie doszło, społeczna sieć musi sprostać kluczowym psychospołecznym i duchowym wymaganiom ludzi. Należy do nich poczucie tożsamości i przynależności, inicjatywy integrujące społeczność, wspólne rytuały i przekonania nadające egzystencji kierunek.

W „Zdrowym społeczeństwie” Erich Fromm podobnie rozpoznał „ramy ukierunkowania” jako jedną z naszych kluczowych „potrzeb egzystencjalnych”. Ale podkreślił, że dzisiejsze „charaktery marketingowe” są spętane przez program kulturowy, który czynnie blokuje zaspokojenie tej i innych potrzeb, w tym potrzeby przynależności, zakorzenienia, tożsamości, transcendencji i stymulacji intelektualnej. Żyjemy w warunkach „obłędu kulturowego” – termin opisujący patologiczne niedopasowanie między kulturowymi strategiami inkulturacji a intrapsychicznymi wymaganiami uczestników kultury. Bycie normalnym nie jest już zdrową ambicją.

Dokonująca się obecnie mutacja kultury ludzkiej zmieniła ją w socjopatyczną machinę marketingową, zdominowaną przez priorytety gospodarcze i psychologiczną manipulację. Nigdy wcześniej indoktrynacja systemu kulturowego nie nakłoniła swoich uczestników do stłumienia tak dużej części ich człowieczeństwa. Tym wrogim przejęciem zbiorowej psychiki przewodzą coraz bardziej wyrafinowane przemysły propagandowe i dezinformacyjne, które mamią iluzją konsumenckiego szczęścia, szaleńczo nadmuchując nasze oczekiwania wobec materialnego świata. Współcześni konsumenci są najzacieklej atakowanymi przez propagandę osobami w historii. Bezwzględnie uporczywy, powtarzany efekt jest wysoce hipnotyczny, upośledza zdolność krytycznego myślenia, redukuje poczucie własnego „ja” i przekształca komercyjną nierzeczywistość w imitację znaczenia i celu.

Zagubieni, zdezorientowani i pokonani duchowo ludzie łatwiej ulegają perswazji i dają się zwieść przereklamowanym oczekiwaniom konsumpcji. W kulturze nierzeczywistości rozbudzone nadzieje nieustannie zderzają się z rzeczywistością doświadczenia. Skoro nic nie pokrywa się z treścią promocyjnego szumu, świat konsumenta to nieprzerwane pasmo rozczarowań. Chociaż większość tych zawodów dotyczy rzeczy nieistotnych, od których można bez trudu się zdystansować, to ich spiętrzenie tworzy emocjonalne tło frustracji, ponieważ głębsze potrzeby ludzkie są coraz bardziej zaniedbywane. Ciągłe głodzenie tych potrzeb podsyca ogólne rozczarowanie podejściem do życia. Z biegiem czasu fundamentalne założenia tracą stabilność.

W swojej istocie demoralizacja to zanik wiarygodności założeń, które pełnią funkcję umocowania egzystencji i przewodnika poczynań. Założenia warunkujące naszą lojalność wobec konsumpcjonizmu są szczególnie łamliwe, ponieważ nas odczłowieczają. W miarę ich postępującego rozpadu coraz trudniej jest identyfikować się z wartościami, celami i aspiracjami, które kiedyś były częścią naszej konsumenckiej rzeczywistości. Wynikłe uczucie porzucenia i zdążania w niewłaściwym kierunku odbiera się jako depresję, lecz jest ono odmianą demoralizacji, której w pewnym zakresie doświadczy niemal każdy konsument.

Przedstawiciele młodszych pokoleń nie unikną kursu nudy, rozczarowania i demoralizacji. Jako produkty niewidzialnych rodziców, skomercjalizowanej edukacji, marketingu „od kołyski” i obłąkańczego programu kulturowego muszą dostroić się do modelu konsumpcyjnego, wiedząc przy tym doskonale, że niszczy on planetę i zagraża ich przyszłości. W sposób zrozumiały młodzież należy zatem do pokolenia transu, z nienasyconym apetytem na każdą technologię, która może zredukować świadomość i przytłumić emocje. Gdy społeczeństwo pogrążone jest w kryzysie egzystencjalnym, zaś trajektoria życia emocjonalnego prowadzi w dół, trans pozostaje najprężniej rozwijającym się rynkiem konsumenckim.

Kiedy nasze rozbite założenia ustąpią miejsca demoralizacji, pojawia się problem odbudowy nieświadomych podstaw naszego życia. Profesje psychologiczna i psychiatryczna w aktualnych, znanych nam formach są mało przydatne w kuracji zaburzeń zakorzenionych w kulturze i normalności. Indywidualna terapia nie uleczy zdemoralizowanego społeczeństwa. Efektywne podejścia musi cechować wnikliwość i skoncentrowanie na kulturowych źródłach ludzkich założeń, tożsamości, wartości i centrów znaczenia. Niezbędne jest usunięcie programowania kulturowego, wzmocnienie ochrony przed wpływami kultury, ćwiczenie nieposłuszeństwa i kształtowanie charakteru – w zamierzeniu mają one skonstruować światopogląd, który lepiej połączy człowieka z samym sobą, innymi ludźmi i światem przyrody.

Głównym zadaniem jest wyleczenie chorej kultury, a nie chorych ludzi. Erich Fromm podsumowuje to wyzwanie słowami: „Nie możemy spowodować, by ludzie przy zdrowych zmysłach dostosowali się do tego społeczeństwa. Potrzebujemy społeczeństwa, które jest dostosowane do potrzeb ludzi”. Recepta Fromma obejmowała powołanie Najwyższej Rady Kultury, która byłaby organem doradczym rządów w zakresie działań naprawczych i zapobiegawczych. Perspektyw na tego rodzaju rozwiązanie, jak również na naukę o zmianie kultury, wciąż nie ma. Demokracja w dzisiejszym przebraniu jest strażnikiem kulturowego szaleństwa.

Rewolucja kulturowa spóźnia się co najmniej o kilka dekad. Prawdą jest, że społeczeństwo ludzi zdemoralizowanych nie zbuntuje się, nawet jeśli siedzi na ogromnej beczce prochu, którą jest wezbrana frustracja. Wiarygodność przeciwdziała demoralizacji, tak więc frustracja mogłaby doczekać się uwolnienia, gdyby dodano do niej wiarygodną przyczynę lub wiarygodne przywództwo.

Można by ulec wrażeniu, że wiarygodność, sens i celowe działania zostaną sprowokowane przez liczne zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa i przetrwania, jakie niesie ze sobą zabójczy konflikt między kulturą konsumpcyjną a potrzebami planety. Fakt, że tak się nie dzieje świadczy o wysokim stopniu demoralizacji zatruwającej epokę konsumenta. Jej mocno osadzona infrastruktura i śladowe oznaki zbiorowego oporu sugerują, iż nasz skostniały system – nazywany też „kapitalizmem katastrof” – będzie dominował, dopóki globalny upadek nie nakłoni nas do obrania nowych kierunków kulturowych.

W 1992 r. Unia Zaniepokojonych Naukowców (Union of Concerned Scientists) i ponad 1700 niezależnych naukowców, w tym większość żyjących laureatów Nagrody Nobla w dziedzinach nauk ścisłych, napisała „Ostrzeżenie naukowców z całego świata dla ludzkości”. Ci zaniepokojeni profesjonaliści wezwali ludzkość do ograniczenia destrukcji środowiska i przestrzegli, że „jeśli mamy uchronić świat przed prawdziwymi problemami, konieczna jest wielka zmiana w naszym sposobie zarządzania Ziemią i istniejącym na niej życiem”. W swoim manifeście autorzy pokazali, że ludzie są na kursie kolizyjnym ze światem przyrody. Wyrazili zaniepokojenie występującym, nieuchronnie zbliżającym się lub potencjalnym zniszczeniem planety Ziemi wskutek zanikania warstwy ozonowej, kurczenia się zasobów wody słodkiej, eliminacji organizmów morskich, rozszerzania się martwych stref w oceanach, wylesiania, destrukcji bioróżnorodności, globalnego ocieplania się i nieustannego wzrostu liczby ludności. Podkreślili konieczność pilnego wprowadzenia fundamentalnych zmian, aby uniknąć konsekwencji, do jakich nieuchronnie prowadził ówczesny kurs ludzkości.

Autorzy wyrazili obawę, że ludzkość nadmiernie eksploatuje ekosystemy Ziemi, poza granice możliwości dalszego wspierania sieci życia. Opisali, jak szybko zbliżamy się do granic tego, co może tolerować biosfera, bez poniesienia znacznej i nieodwracalnej szkody. Naukowcy apelowali, byśmy ustabilizowali ludzką populację, opisując jak duża liczba mieszkańców Ziemi – która od 1992 r. gwałtownie wzrosła o kolejne 2 miliardy, czyli o 35% – powoduje obciążenia dla Ziemi, które mogą zniweczyć inne dążenia do osiągnięcia przyszłego zrównoważonego rozwoju. Usilnie namawiali, byśmy ograniczyli emisje gazów cieplarnianych (GHG) i zaprzestali wykorzystywania paliw kopalnych, powstrzymali wylesianie i odwrócili trend zmniejszającej się różnorodności biologicznej.

W dwudziestą piątą rocznicę ich apelu spoglądamy wstecz na to ostrzeżenie i oceniamy odpowiedź ludzkości, analizując dostępne dane z wcześniejszych lat. Od 1992 r., poza ustabilizowaniem warstwy ozonowej w stratosferze, ludzkość nie dokonała wystarczającego postępu w kompleksowym rozwiązywaniu przewidywanych wówczas problemów środowiskowych, a co najgorsze, większość z nich ulega znacznemu nasileniu.

Szczególnie niepokojąca jest obecna tendencja potencjalnie katastrofalnej zmiany klimatu, wynikająca z rosnącego stężenia gazów cieplarnianych, emitowanych wskutek spalania paliw kopalnych), wylesiania, produkcji rolnej, a szczególnie hodowli zwierząt przeżuwających. Zapoczątkowaliśmy także masowe wymieranie, szóste w ciągu ostatnich 540 milionów lat, w ramach którego wiele obecnych form życia może zniknąć lub być co najmniej zagrożonych wyginięciem do końca obecnego stulecia.

Ludzkość otrzymuje właśnie drugie ostrzeżenie, zilustrowane tymi alarmującymi trendami. Zagrażamy własnej przyszłości przez swoją niepohamowaną, choć geograficznie i demograficznie zróżnicowaną, konsumpcję i niedostrzeganie nieustannego szybkiego wzrostu populacji jako głównego czynnika sprawczego wielu ekologicznych, a nawet społecznych zagrożeń. Brak odpowiedniego ograniczania przyrostu naturalnego, rewizji systemu ekonomicznego uzależnionego od wzrostu, redukcji gazów cieplarnianych, systemu zachęt do korzystania z energii odnawialnej, ochrony siedlisk, odtwarzania ekosystemów, ograniczania zanieczyszczeń, zatrzymania defaunacji i powstrzymania inwazyjnych gatunków obcych – wszystko to dowodzi, że ludzkość nie podejmuje pilnych działań niezbędnych do ochrony naszej zagrożonej biosfery.

Od 1992 r. wiele się nauczyliśmy, ale poziom zaawansowania pilnie potrzebnych zmian w polityce środowiskowej, zachowaniach ludzi i nierównościach globalnych jest wciąż dalece niewystarczający. Droga do zrównoważonego rozwoju może przybierać różne formy, a wszystkie one wymagają presji społeczeństwa obywatelskiego, dowodów naukowych, politycznego przywództwa i dogłębnego zrozumienia instrumentów polityki, rynków i innych czynników sterujących.

Czołowi amerykańscy psychologowie w raporcie pt. „Zdrowie psychiczne i nasz zmieniający się klimat: wpływ, konsekwencje i wytyczne”, przygotowanym przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologicznym i zajmującą się ekologią organizację non-profit ecoAmerica z Waszyngtonu, alarmują, że wspomniane „zmiany klimatu” mają potężny, niszczący wpływ nie tylko na środowisko naturalne, ale i na zdrowie i kondycję psychiczną ludzi na całym świecie.

O wpływie zmian klimatycznych na psychikę człowieka najczęściej mówiono dotąd w kontekście kojarzonych ze wspomnianym ociepleniem, gwałtownych zjawisk pogodowych i katastrof naturalnych. Trauma u poszkodowanych, szok wywołany urazami, śmiercią bliskich osób, uszkodzeniem lub utratą własności – to tylko niektóre z negatywnych konsekwencji. W pierwszych reakcjach ludzi dominują żal, gniew, złość i inne podobnie intensywne emocje, które potem ustępują miejsca długotrwałemu zespołowi stresu pourazowego (Posttraumatic Stress Disorder, PTSD). Typowymi objawami PTSD są: napięcie lękowe, uczucie wyczerpania, poczucie bezradności, doświadczanie nawracających, intruzywnych wspomnień traumatycznego wydarzenia, flashbacków lub koszmarów sennych o tematyce związanej z doznaną traumą oraz unikanie sytuacji kojarzących się z doznaną traumą. U niektórych osób objawy PTSD mogą utrzymywać się przez wiele lat i przejść w trwałą zmianę osobowości.

Mówiąc o tym związku, autorzy raportu powołują przykład sytuacji w USA po przejściu huraganu „Katrina” w 2005 r., gdzie na zniszczonych terenach podwoiła się liczba samobójstw i przypadków myśli samobójczych. Zespół lękowy PTSD diagnozowano u co szóstej osoby dotkniętej kataklizmem, a 49% tych osób cierpiało na stany lękowe i zaburzenia nastroju, w tym depresyjne. Identyczna sytuacja prawdopodobnie zaistnieje w miejscu uderzenia huraganu „Harvey” – kolejnego bezprecedensowego żywiołu, który w ubiegłym roku zatopił amerykańskie centrum petrochemiczne w Teksasie. „Harvey” zrzucił tak dużo deszczu, że według NASA dosłownie wcisnął skorupę ziemską na 2 centymetry. Populacja stanu liczy ponad 30 milionów. Spadło 3.800.000 litrów wody na osobę. Pełny obraz jego toksycznej spuścizny dopiero zaczyna się wyłaniać.

Reakcje na przebiegające gwałtownie zdarzenia i katastrofy to jednak tylko jedna strona medalu. Wpływ długookresowych, stopniowych zmian klimatu nie jest bezpośredni, ale równie dotkliwy. Chodzi o wymienione już wyżej konsekwencje tych zmian, które tak bardzo pogarszają jakość życia i tak poważnie obciążają psychikę objętych nimi ludzi, że zmuszają ich nawet do migracji. Wśród możliwych na to reakcji psychologowie wymieniają, między innymi, utratę własnej tożsamości – również zawodowej, utratę poczucia kontroli i autonomii, odczuwanie bezradności i strachu. Utrzymujący się dłuższy czas stres prowadzi z kolei do uzależnień, zaburzeń i depresji.

Jeszcze innym przypadkiem są ekoaktywiści (zwani również „ekologami”) działający w rozlicznych organizacjach na całym świecie. Wypada tu zacytować Aldo Leopolda, amerykańskiego leśnika, członka ruchu ochrony dzikiej przyrody, jednego z prekursorów filozofii ekologicznej, swoistej „etyki Ziemi”. „Jedną z kar edukacji ekologicznej jest to, że żyjesz samotnie w świecie ran”. Słowa tego właśnie cytatu przemawiają do nich z dużą siłą, utożsamiają się z nimi. Z trudem radzą sobie z widokiem zanikającej natury, z żalem i przemożnym poczuciem straty.

Naukowcy ostrzegają też w raporcie przed skutkami na poziomie wspólnot lokalnych. Konieczność nagłego lub długookresowego mierzenia się ze zmianami klimatycznymi może rozbijać jedność wspólnoty i podsycać wrogość oraz agresję zarówno między jednostkami, jak i grupami. Dlatego autorzy raportu rekomendują, by zachęcać ludzi do wzajemnej pomocy i wspierania się oraz do podtrzymywania więzi społecznych. Z raportu wynika, że „indywidualna zdolność poszczególnych ludzi do przeciwstawienia się traumie zwiększa się, gdy są oni częścią jakiejś grupy, nawet internetowej”, a ponadto, że „większe wsparcie społeczne podczas katastrofy naturalnej i bezpośrednio po niej jest powiązane z niższymi wskaźnikami zaburzeń”.

Potwierdza to Dahr Jamail, amerykański dziennikarz śledczy, niezależny korespondent wojenny i autor kilku książek. „Odkryłem, że nieodzowna jest także zintegrowana społeczność lokalna – grono zaufanych przyjaciół, z którymi mogę porozmawiać, podzielić się swoim brzemieniem i przetworzyć porcję najnowszych złych wieści. Wiemy, co się zbliża, jesteśmy przyparci do muru. Zwiększamy więc kolektywną odporność. Jutro klimat i środowisko będą w gorszej kondycji niż dzisiaj. Faszyzm rozprzestrzenia się i pustoszy zaciekle. Chociaż poprawa jest wykluczona, nie szczędzimy starań, by zredukować swój indywidualny ślad węglowy. Samodzielnie generuję energię i uprawiam żywność. Takie podejście nie zmieni rozwoju planetarnych wypadków, ale jest ze wszech miar moralne. Chcę przypomnieć, że bez względu na to, gdzie mieszkamy, w naszej okolicy znajdziemy skrawek przyrody, który wciąż funkcjonuje – las, rzekę lub łańcuch górski. Najwyższa pora, żebyśmy wyszli z domów i spędzili z nimi jak najwięcej czasu, ponieważ ich dni są policzone.”.

W raporcie podkreśla się też pozytywny wpływ na psychikę wyboru bardziej ekologicznego stylu życia. Przykładowo: już samo pokonywanie drogi pieszo lub rowerem znacznie zmniejsza, według badań, poziom stresu. Człowiek pozbawiony wsparcia mechanicznego przemieszcza się dość wydajnie. Jeden gram swojej wagi przenosi na odległość jednego kilometra w dziesięć minut, zużywając 0.75 kalorii. Poruszający się pieszo jest bardziej wydajny pod względem termodynamicznym niż jakikolwiek napędzany motorem pojazd i większość zwierząt. W stosunku do swojej wagi wykonuje w ruchu więcej pracy niźli woły (i szczury), mniej zaś aniżeli konie (i jesiotry). Przy takim wskaźniku wydajności człowiek zdołał się wszędzie osiedlić. Z tą wydajnością plemiona nomadów wykorzystują poza obozowiskiem mniej niż 8% swojego budżetu czasu społecznego. Zaś człowiek na rowerze może poruszać się trzy lub cztery razy szybciej aniżeli pieszy, lecz zużywa w ten sposób pięć razy mniej energii. Jeden gram swojej wagi przenosi na równej drodze na odległość jednego kilometra kosztem zaledwie 0.15 kalorii. Rower jest idealnym przetwornikiem, który dopasowuje metaboliczną energię człowieka do oporu ruchu. Wyposażony w to narzędzie człowiek przewyższa pod względem wydajności nie tylko wszystkie maszyny, lecz także zwierzęta.

Rozwijaniu bardziej przyjaznych dla środowiska i zdrowia ludzi form transportu sprzyjają odpowiednie systemy zieleni miejskiej. Priorytetowe znaczenie powinno mieć utrzymywanie na terenach niezabudowanych jak największych obszarów zieleni wysokiej – parkowej, a nawet leśnej. Dają one możliwość poprowadzenia przez zadrzewione tereny ścieżek rowerowych i pieszych. Przyczyniają się do poprawy jakości życia w miastach i utrzymania bioróżnorodności – są siedliskami wielu gatunków roślin i zwierząt. Większa dostępność parków , lasów i innych terenów zielonych znakomicie działa również na zdrowie psychiczne, gdyż niezależnie od statusu socjoekonomicznego, wieku czy płci częstsze spędzanie czasu na łonie natury również redukuje poziom stresu, obniża ciśnienie i ryzyko chorób cywilizacyjnych.

Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się nieszczęść i katastrofalnej utracie różnorodności biologicznej, ludzkość musi wdrożyć bardziej przyjazną dla środowiska alternatywę dla dotychczasowego biegu spraw. Ta recepta została wyraźnie wyartykułowana przez czołowych naukowców przed 25 laty, ale w większości przypadków nie skorzystaliśmy z ich przestrogi. Musimy dostrzec, na poziomie codziennego życia i na szczeblu rządowym, że Ziemia, wraz z wszelkim istniejącym na niej życiem, jest naszym jedynym domem. Wkrótce będzie za późno, aby zmienić obecny kurs, a czas ucieka. „Rasa ludzka umrze na cywilizację” (Ralph Waldo Emerson, 1803-1882).

Sprawą dramatycznych zmian klimatu przejęli się już poeci. „Kiedy parę lat temu uznałem, że warto zainteresować się nieco głębiej kwestią tzw. zmiany klimatu – myślałem o czymś w rodzaju parogodzinnej lektury dostępnych źródeł, wystarczającej do zdobycia pewności, że nie dzieje się nic wielkiego, a alarmistyczne wyimki publikowane niekiedy tu i ówdzie są w oczywisty sposób przesadzone. Po wielu tygodniach zagłębiania się w kolejne źródła i opracowania całe to przekonanie musiało zmieścić się w niejasnej wątpliwości: »przecież gdyby to była prawda« – myślałem – »wszyscy mówilibyśmy o tym nieustannie; temat nie schodziłby z łam gazet i ludzkich języków, a każde wydanie każdego programu informacyjnego zaczynałoby się od aktualnego stanu kluczowych wskaźników«. Nic takiego jednak się nie dzieje…” (Piotr Czerski).

~ nadesłane przez anonimowego czytelnika

Polecamy również