Dżuma XXI wieku – interpretacja klimatyczna

0
388
views

W psychoanalizie Freuda występują dwa główne popędy motywujące człowieka: popęd życia i popęd śmierci. Ten pierwszy charakteryzuje się pragnieniem tworzenia, budowania i chronienia. Jest to popęd biofilii – miłości do tego, co żywa i organiczne. Tak było przed industrializacją, a właściwie na długo przed upowszechnieniem się rolnictwa. Popęd niszczenia tego co żywe i naturalne jest popędem śmierci – popędem konsumowania i wydalenia. Jego jednym celem jest zamienianie organicznej materii w nieorganiczną, zamienianie natury w kulturę – w to, co ludzkie, znane, dostępne, co stworzone ręką człowieka.

Lata między 2019 a 2026 będą latami DŻUMY – choroby, która nas zniszczy. Kolejny artykuł o końcu świata, patrz niżej… gorąco polecam!

„Dżuma”, „wojna”, „zaraza” zastają ludzi zawsze tak samo zaskoczonych. A teraz jaśniej i do rzeczy – na miłość boską, do brzegu. Przecież tutaj nie o chorobę chodzi, a o klimat i o to, jak długo jeszcze będziemy trwać w pewnym zawieszeniu. Dżuma to metafora zmian z jakimi będziemy mieli do czynienia. Dżuma to świat następnych pokoleń. „Zarazy są w istocie sprawą zwyczajną, ale z trudem się w nie wierzy kiedy się na nas walą”.

Doktor Rieux (główny bohater „Dżumy” A. Camusa) wiedział doskonale z czym ma do czynienia, a mimo to, do ostatniej chwili wstrzymywał się ze swoim osądem. Ktoś mniej bojaźliwy musiał mu to zasugerować, gdyż pojawienie się dżumy w mieście Oran przerażało go tak bardzo, że przerażenie to powstrzymywało go przed uznaniem oczywistego faktu.

Jeżeli to dżuma – „nie powinniśmy postępować tak, jak gdyby połowie miasta nie groziła śmierć, bo wówczas POŁOWA MIASTA ZGINIE!”.

Mniej metafor a więcej konkretów. Elementarne, mój drogi Watsonie. Gdzie więc się znajdujemy? Metafora progu epidemii wcale nie jest na wyrost. Łebskie typki z IPCC dają nam 12 lat… oj sorry… już tylko 11! Ale to nie będzie 11 lat business as usual – a właściwie będzie, a być nie powinno!

11 lat oznacza, że powinniśmy podjąć GWAŁTOWNE kroki, by uniknąć katastrofy. Gwałtownie znaczy nagłe, szybkie a właściwie tak szybkie, że szybciej się nie da. Gwałtownie znaczy dosłownie tu i teraz, instynktownie, tak jakbyśmy starali się odeprzeć atak. A co robimy zamiast tego? Serio… pytam… c o r o b i m y ?

Aż prosi się przypomnieć kapitana Edwarda Smitha – kapitana Titanica. Honor żeglarski w obliczu dramatu i niemożliwości ocalenia statku i pasażerów nakazał mu wziąć pełną odpowiedzialność za katastrofę. Pozostał na swoim kapitańskim posterunku do końca, a jego ciało nigdy nie zostało zidentyfikowane.

Nie ma już czasu, niestety, na klepanie się po ramionach i żartowanie, że wszystko jest super. Ale czy świat w jakim żyjemy wymaga naszej opieki? Pytam o świat stworzony przez nas, a nie ten, który zastaliśmy. Czy kultura postindustrialna z jej osiągnięciami naprawdę powinna być przez nas chroniona?

Przesadzam? Oczywiście, że tak! Przecież mamy jeszcze 11 lat, pod warunkiem, że w ciągu 11 lat zrobimy więcej dobra niż zła przez ostatnie 47 lat. Dokładnie tyle czasu minęło od wydania książki Granice wzrostu, publikacji, która jako pierwsza tak dosadnie przedstawiła jakie skutki będą czekać nas w przyszłości (czyli teraz), jeżeli nie ograniczymy wzrostu gospodarczego!!!

Jeżeli to dżuma – „nie powinniśmy postępować tak, jak gdyby połowie miasta nie groziła śmierć, bo wówczas POŁOWA MIASTA ZGINIE!”. 

Nie bez powodu po raz kolejny cytuje ten sam fragment powieści Alberta Camusa. Żadne zdanie nie jest tak aktualne w obliczu katastrofy z jaką będziemy się musieli zmierzyć. Udawanie, że połowie miasta nie grozi śmierć, jest skazywaniem nas wszsytkich na masowe samobójstwo – iście autodestrukcyjne. Wiemy przecież, że istotnie mogliśmy zrobić bardzo wiele, by uniknąć tej katastrofy. Wiemy też, że nie zrobiliśmy praktycznie nic, ponieważ w wymiarze społecznym nie jesteśmy zdolni do takiej refleksji. Jako pojedyncze jednostki, pewnie tak, ale nie jako społeczeństwo!

Sugerowanie, że niewiele nam tego czasu zostało pochodzi z merytorycznie najlepiej sprawdzonego raportu IPCC. Ten dokument był efektem wspólnych działań ponad 6 tys. naukowców z całego świata. Niestety, jak dotychczas, raporty IPPC były niedoszacowane. Po drugiej stronie naukowej barykady, w świecie pseudonaukowców mamy nazwiska takie jak Guy McPherson, czy prawdopodobnie nieistniejący Sam Carana. I to oni, we współpracy z innymi katastrofistami (a lista jest długa), tworzą portal Arctic News (https://arctic-news.blogspot.com/).

Na krawędzi radykalności – gorzej już nie będzie…

Dotychczas najbardziej radykalne stanowisko było takie, że wzrost o 10 stopni nastąpi do 2026 roku. Ale od 28 lutego mowa już nie o 10 stopniach, ale o 18 (A rise of 18°C or 32.4°F by 2026?)!!! Pierwsze co nam się nasuwa na myśl: to pseudo-naukowcy, bajkopisarze, alarmiści, którzy chcą zwrócić na siebie uwagę. I ja się z tym całkowicie zgadzam (lub mam nadzieję, że tak jest, bo inna wersja do mnie nie dociera – jeszcze). To są alarmiści, to są katastrofiści. Jeżeli mają rację, wszyscy, a właściwie wszystko to, co znamy spłonie do końca 2026 roku pozostawiając po sobie jedynie zgliszcza i jakieś bardzo pierwotne żyjątka w formie bakterii (lub tylko kosmiczny pył).

Niestety, dotychczas to ich pseudonaukowe hipotezy lepiej przewidywały przyszłość (lepiej nie oznacza bezbłędnie, po prostu trochę lepiej)! Mówiąc wprost, nie powinniśmy żyć tak, jakby połowie miasta nie groziła śmierć, bo wówczas POŁOWA MIASTA ZGINIE! Metafora w bardziej dosłownym znaczeniu brzmi: „życie na tej ziemi skończy się w ciągu kilku najbliższych lat”!

Ile mamy czasu? Niektórzy twierdzą, że…

  • Rok 2018 będzie ostatnim względnie normalnym rokiem. Zmiany następują inaczej w różnych częściach świata. Sytuacja względnie normalna w Polsce nie oznacza tego samego np. w Indiach, gdzie już teraz poważnym problemem jest brak dostępu do wody pitnej.
  • W 2019 roku (z prawdopodobieństwem 75-80%) pojawi się zjawisko El Nino, które spowoduje wzrost średniej temperatury a ten gwałtownie przyśpieszy uwalnianie metanu z wiecznej zmarzliny.
  • Powierzchnia lodu morskiego w Arktyce może spaść poniżej miliona kilometrów kwadratowych w 2020 r. Rozpocznie to erupcję metanu w stylu permskim na półkuli północnej.
  • Istnieje 95% prawdopodobieństwo, że arktyczny szelf kontynentalny będzie miał zerową objętość w drugiej połowie 2022 r.
  • Ugotujemy się w atmosferze o dużej wilgotności i przeobrazimy w gwiezdny pył – cytat i  źródła ze strony:https://exignorant.wordpress.com/
  • Grafika poniżej pochodzi ze strony Arctic News (https://arctic-news.blogspot.com/).

Jak żyć w świecie ran?

Tutaj kończy się klimatyczna bzdura, a zaczyna się filozofia egzystencjalna oraz pytanie: co sprawia, że boimy się końca świata? Hipotetycznie zakładamy najgorszą możliwość – dokładnie tak, jak zachowałby się rodzic wobec swojego dziecka. Zwykle jednak najgorsza możliwość nie jest brana pod uwagę, ponieważ jest ona wypierana – pozostaje nam żyć w świecie iluzji, czyli māyā. Takie życie jest absurdalne.

I rzeczywiście… poza gonitwą myśli, nasze życie nie ma żadnego sensu. Moglibyśmy umrzeć dosłownie w każdej chwili, nawet tu i teraz, nie miałoby to żadnego znaczenia. Właściwie, cała ta iluzja polega na tym, że nadajemy swojemu życiu jakieś większy sens, jakąś misję do wypełnienie… np. uratowanie świata przed katastrofą ekologiczną. Trwałość naszego istnienia (i rzekomego celu) to początek wszelakich problemów jakie nas spotykają.

Jeżeli świat się zaraz skończy, jeżeli chylimy się ku upadkowi, to stracić możemy tak wiele jak wielkie jest nasze EGO – chyba, że to ego dla nas nie istnieje!?! Nasz największy lęk dotyczy naszej własnej śmierci – a kultura jaką stworzyliśmy opiera się na paradygmacie wyparcia tego lęku.

Więc będziemy cierpieć tak długo, jak długo będziemy naiwnie wierzyć w trwałość – lub tak długo, jak długo będziemy szukać rzekomego sensu. Istotnie moi drodzy, niewiele różnimy się od pierwotnych form życia na tej planecie. Sensem, a właściwie jedynym celem „istnienia” jest jedzenie i seks lub – łącząc oba – przetrwanie gatunku jakim sami jesteśmy. Obudowaliśmy to wszystko w kulturę i teraz staramy się na tej podstawie traktować siebie jak bogów – panów życia i śmierci. Traktujemy siebie tak, jakbyśmy mieli na wszystko wpływ, ale przecież…

Wolność? Ona nie istnieje!

Dekonstrukcja totalna! Tak nazwałbym skrajny anarchoprymitywizm do jakiego właśnie podążam. Odrzucam nie tylko naukę, technologię i cywilizację ale również podstawy naszego istnienia. Dlaczego? Jeżeli sensem jest przetrwanie naszego gatunku, to oblaliśmy egzamin.

Nie da się powstrzymać zmian klimatu! Jest już za późno. Każdy gatunek dąży do supremacji swojej własnej rasy kosztem innych. Możemy jedynie spowolnić zmiany, ale ich nie powstrzymamy chyba, że zatrzymamy nas samych!

Ta zabawa działa tylko wtedy, gdy różne organizmy równoważą wzajemnie swoją populację. Wystarczyło wymyślić penicylinę, a jeden z nich zaczął zagrażać całemu ekosystemowi. To taki swoisty „Koszmar Darwina”. Film o takim tytule opowiada historię Jeziora Wiktorii do którego wpuszczono okonia nilowego. Ryba ta w szybkim czasie zniszczyła praktycznie wszystkie inne gatunki.

Ok… okoń to okoń, ryba, a co z ludźmi? Jak to możliwe, że różne cywilizacje upadały? Co się stało z Majami, Grekami czy starożytnym Rzymem? JAK TO MOŻLIWE, że mieszkańcy wyspy Wielkanocnej nie zreflektowali się, że ich pomysł był… mówiąc ogólnie… po prostu z dupy!?!

Najważniejsza dla nas lekcja płynąca z psychologi społecznej jest następująca: reakcje tłumu są złe! Pojedyncza jednostka jest w stanie osiągnąć znacznie więcej niż niedoskonałe społeczeństwo. Im większa grupa osób jest odpowiedzialna za podjęcie decyzji, tym gorszy jest jej wynik. Demokracja jest zła! To już wiemy… ale z czego to tak naprawdę wynika?

Ludzie są zbiorem indywidualnych jednostek posiadających swoje własne EGO – i to ego sprawia, że w pierwszej kolejności dbają wyłącznie o samych siebie. Wiec człowiek, aby powstrzymać zmiany klimatu musiałby wyjść poza własne EGO i wziąć sam na siebie odpowiedzialność za cały świat. A przecież to niemożliwe, a nawet gdyby tak się stało, takie myślenie doprowadziłoby jednostkę do samobójstwa – egzystencjalny ból byłby nie do zniesienia… tak więc, odpowiedzialność przenosimy na grupę. A potem – gdy zabraknie prądu i wody – winą obarczymy innych.

Wolność nie istnieje z dwóch powodów. Po pierwsze, nie potrafimy podejmować decyzji w sposób holistyczny – nie mamy wpływu na decyzję grupy. Nawet jeżeli w sytuacjach indywidualnych wydaje nam się, że mamy na coś wpływ, szybko orientujemy się, że koniec końców stanowimy jedynie element większej całości.

Po drugie – i to jest kluczowe – nasze decyzje są motywowane przetrwaniem gatunku. Nawet jeżeli świadomie zrezygnujemy z posiadania dzieci, pozostaje nam sama chęć życia – czyli konsumowania i przetrwania możliwie jak najdłużej – oraz – karmienia swojego EGO przez stawanie się coraz lepszą jednostką w pulpie społecznej. Ekonomia to jedno, ale wzrost nas jako jednostki nadal pozostaje. Ograniczenie wzrostu byłoby jednoznacznie z ograniczeniem samych siebie – a to, doprowadziłoby nas do samobójstwa.

„Buntuję się, więc jestem”

Bunt nie jest stricte wolnością, ale jej brakiem. Żyję, więc jestem zniewolony. Moim zniewoleniem są wszelkie pragnienia. Tak ująłby to sam Budda, gdyby tylko społeczeństwo indyjskie nie było tak negatywnie nastawione do antynatalizmu. Budda wiedział i wiedza ta groźna była – groźniejsza od krytykowania innych religii – że człowiek oświecony to ten, który porzuca życie rodzinne. W mniej dosłowny sposób tłumaczy się to wyniesieniem na piedestał samotności – stanu, który bliższy jest oświeceniu, czy też przebudzeniu.

Nirvāṇa oznacza stan „zdmuchnięcia” – czyli zakończenia wszelkich pragnień. Ale pełna nirvāṇa – parinirvāṇa – jest osiągalna wyłącznie w momencie naszej własnej śmierci i tylko wtedy można mówić o całkowitym ustaniu pragnień. Do tego czasu, dopóki żyjemy, zawsze istnieją pewne pragnienia – nawet te bezinteresowne, jak niesienie pomocy innym. Nie jesteśmy więc wolni, dopóki żyjemy.

Filozoficzne samobójstwo?

Już wiemy, z absolutną pewnością, że ten świat nie przetrwa, że spadamy w przepaść. Jedyne co pozostaje, co mogłoby nadać sens naszemu życiu, to bycie dla innych, dbanie o relacje z rodziną i przyjaciółmi i o uwolnienie się z egoizmu. Ale tym zajmę się w następnych artykułach na blogu. Właśnie dotarły do mnie informacje, że gdzieś na świecie powstał samochód elektryczny, który może konkurować z najszybszymi i najbardziej luksusowymi samochodami świata. Osiąga on prędkość 350 km/h na silniku elektrycznym. Sukces OZE czy zielony kapitalizm?

To naprawdę nie tak miało wyglądać. Spadamy w przepaść, niczego nie rozumiemy… holistycznie, jako całość, jako globalne społeczeństwo, już przegraliśmy…


Photo by Arie Wubben on Unsplash