W prawdziwej radości tkwi cierpienie

0
171
views
Photo by Alexander Krivitskiy on Unsplash
Photo by Alexander Krivitskiy on Unsplash

Po raz pierwszy w życiu celowo zrezygnowałem z udziału w wyborach samorządowych i prawdopodobnie nie wezmę udziału w żadnych innych. Przekonał mnie do tego jeden z polityków partii Zielonych, który pochwalił się w mediach społecznościowych (i nie tylko), że przyleci do Polski (samolotem – sic!) tylko po to, aby zagłosować.

Bezmyślność polityka od którego „teoretycznie” moglibyśmy spodziewać się większej autorefleksji wobec klimatu jest dowodem na to, że nie należy naiwnie oczekiwać czegokolwiek od polityków głównego nurtu. Jeżeli ktoś z Zielonych jest rzekomo bardziej eko – to na prawo od niego jest już tylko gorzej. „Zielony” okazał się być nie tylko w polityce ale również w klimacie.

W mainstreamowych mediach zawrzało, że Unia chce nam zabrać plastikowe słomki. Zawrzało, że patyczki do uszu znikną. Kolejne gwiazdy Instagrama chwalą się swoimi nowymi kubkami termicznymi. Kiedyś piło się wodę z kranu, dzisiaj każdy powinien mieć swój kubek – taki, który jest eko-świadomy i z eko-recyklingu.

Światowe zużycie CO2 cały czas rośnie. Pomimo, że w latach 2015-2016 minimalnie się zatrzymało, nadrobiliśmy to w 2017 i nadrabiamy w 2018 r. Jedyny wyraźny spadek był widoczny po 2008 roku, czyli po kryzysie gospodarczym. Wniosek jest taki, że jeżeli chcemy zatrzymać globalny kryzys musimy się gospodarczo uwstecznić. Musimy globalnie zrezygnować ze wzrostu gospodarczego do jakiego modlili się ekonomiści i politycy: „Polska rośnie w siłę, a ludziom się żyje dostatniej”!

Katastrofizm klimatyczny

Ostrzegam czytelników, że jestem katastrofistą klimatycznym! Uważam, że świata już nie uratujemy. Macie do czynienia z blogerem, który spodziewa się upadku naszej cywilizacji… ale de facto… chciałbym się mylić. Czekam, aż ktoś mi merytorycznie wyjaśni, że jestem w błędzie, że lada moment wszystko da się naprawić, że człowiek jakoś sobie poradzi.

Aby ocalić świat jaki znamy powinniśmy możliwie jak najszybciej wprowadzić powszechny na całym świecie zakaz spożywania mięsa i gwałtownie podnieść cenę energii (prądu, gazu, węgla i ropy) – w konsekwencji doprowadziłoby to do ograniczenie wzrostu a więc, zmniejszyło by to ilość uwalnianego dwutlenku węgla.

Aktualnie zwiększamy stężenie o jakieś 2% w skali roku… czyli, pomimo wycofywania plastikowych słomek, kupowania kubków termicznych, rezygnacji z patyczków do uszu, pomimo wielkiej fascynacji wokół OZE – my nadal zużywamy coraz więcej CO2. Nasze starania okazują się być całkowicie nietrafione. Wystarczy porównać nasze rzekome sukcesy z rzeczywistą skalą problemów. Każdy argument przemawiający za tym, że dewzrost (degrowth) jest niemożliwy, jest jednocześnie odpowiedzią na pytanie, dlaczego świata już nie uratujemy.

Spalamy dalej da tanią energię w nadziei, że ktoś nam coś w przyszłości da… naukowcy, politycy, ktokolwiek… nie mamy rozwiązań na dzisiaj, ale dalej żyjemy na kredyt – taka spirala zadłużenia – finansowego i klimatycznego – to się musi skończyć katastrofą!

Te i podobne refleksje skłoniły mnie do przypomnienia sobie jednego z „katastroficznych” filmów dokumentalnych o znamiennym tytule „Wiek głupoty”. Film powstał w 2009 roku i wtedy jeszcze – prawie 10 lat temu – wybrzmiał u mnie jako pół fantastyczny, mocno przerysowany bełkot. Dzisiaj nie trzeba się jakość szczególnie znać na klimatologii, aby dostrzec zmiany jakie następują każdego dnia. Wystarczy włączyć telewizor, obejrzeć wiadomości, poczytać prasę – nie tą polską, gdzie gros spraw kręci się wokół polityki, ale prasę zagraniczną, media głównego nurtu o globalnym zasięgu takie jak BBC, Euronews, CNN.

Zielony neoliberalizm to ściema!

Scruton w swojej książce „Zielona filozofia” bardzo trafnie skrytykował zielony neoliberalizm – lewaków, którzy są skłonni mocno krytykować rynek paliwowy, ale nie potrafią zaprezentować realnych rozwiązań aktualnego kryzysu. Jednocześnie też, Scruton mimo bardzo szerokiej analizy politycznej ekologicznych ruchów społecznych sam w sobie prezentuje bardzo optymistyczną wizję przyszłości. Więc dla kogo powstała jego książka?

Problemem najistotniejszym nas wszystkich jest utwierdzenie się w przekonaniu (lub nadziei), że uda nam się zachować aktualny lub zbliżony do aktualnego poziom życia i jednocześnie powstrzymać zmieniający się klimat. W ten mit wierzą wszyscy – zarówno lewacy jak i prawacy – wszystkim bardzo daleko jest do podjęcia konkretnych decyzji. Takie optymizm zakrywa nam to, co powinno być w aktualnej sytuacji oczywiste – musimy natychmiast zminimalizować konsumpcje wyłącznie do produktów, które są nam niezbędne do przeżycia (lub zachowania przyzwoitej egzystencji). Musimy zrezygnować ze wszystkiego do czego przyzwyczaił nas rynek.

Nasz styl życia powinien przypominać styl naszym matek i babć, styl który bliżej ma do wyśmiewanego PRLu niż do Instagramowej mody na zero waste. Technologicznie powinniśmy się cofnąć o co najmniej 50 lat do czasów, kiedy loty samolotem były domeną najbogatszych, a turystyka zwykle nie wykraczała poza granice naszego kraju. Powinniśmy się cofnąć co najmniej do czasów, w których pralkę i lodówkę kupowało się raz na 20 lat!

Radykalnie?

Oczywiście, że tak. Za szerzenie takich poglądów często obrywa mi się od najbardziej zainteresowanych i zaangażowanych aktywistów. Nie powinienem krytykować starań. Powinienem cieszyć się tym, że kolejni celebryci promują kolejne eko-rozwiązania!

Elizabeth Kolbert otrzymała Nagrodę Pulitzera za książkę, w której udowodniła, że żyjemy – a raczej umieramy – w epoce szóstego masowego wymierania. Przez tysiące lat od czasu do czasu jakiś gatunek znikał z powierzchni ziemi. Ale tempo tego ginięcia gwałtownie wzrastało w okresie tzw. „wymierania” – i z tym aktualnie mamy do czynienia.

W tej dewzrostowej radykalności przestało już chodzić o zwyczajną ochronę przyrody. Teraz na patelni znajduje się już tylko przetrwanie naszego gatunku. W jakim stanie pozostawimy po sobie naszą planetę i czy w ogóle będziemy ją mieli komu pozostawić.

Twitter @zielonazmiana

Zrezygnujcie z Facebooka – ten kanał społecznościowy mocno „obcina” treści za pomocą stworzenia wam wirtualnej persony – facebook wie lepiej od was, co chcecie czytać – a nikt przecież nie chce czytać o tym, że nasza cywilizacja chyli się ku upadkowi.

Przenieście swoje zainteresowanie np. na Twittera <- stamtąd codziennie docierają do mnie informacje o klimatycznych protestach, katastrofach ekologicznych, aktywistach… mówiąc ogólnie – to wy (bardziej niż algorytm) decydujecie co będziecie czytać. Wystarczy tylko do obserwowanych dodać najpopularniejsze profile klimatyczne. W tym celu można wykorzystać szukanie za pomocą hashtagu:

Na razie jest super?

Gazeta Wyborcza opublikowała wywiad z prof. dr hab. Szymonem Malinowskim „35 stopni w cieniu. Na razie jest super, nie? Ale niebawem wyginiemy„. Tylko radykalne zmiany mogą zatrzymać zagładę przed 2050 roku, kiedy to zmiany zaczną następować lawinowo. Jedynym ratunkiem dla nas, jest wprowadzenie takich zmian, które mają szansę gwałtownie spowolnić, powstrzymać oraz cofnąć wzrost gospodarczy. Profesor wierzy, że jest to możliwe. Ja już straciłem nadzieję. W mojej subiektywnej ocenie nie posługuje się wiedzą na temat klimatu, ale wiedzą socjologiczną i tą z zakresu psychologi społecznej. Natura nie wyposażyła nas w dalekowzroczne planowanie. Gdyby tak było, prokreacja byłaby niemożliwa, a my, nie przetrwalibyśmy jako gatunek.

Świat więc wyraźnie chyli się ku upadkowi, a w najbardziej optymistycznych wizjach mamy czas do 2050 roku. Gwałtowne zmiany zaczną się wcześniej. Kiedy? Prawdopodobnie przed 2030 rokiem, może przed 2025, ale już w 2019 i 2020 nasilą się anomalie z jakimi mieliśmy do czynienia w mijającym 2018 roku.

Pożary, podtopienia, tornada, ulewy… Ale nie martwcie się! Natura wyposażyła nas w jeszcze jedną zdolność, coś co wyróżnia nas na tle innych zwierząt – jest to ponadprzeciętna zdolność adaptacji. To co dzisiaj może budzić w nas strach, odrazę i wstręt, stanie się „normą” – tak jak normą stała się dla wielu wojna, tak jak normą stała się władza faszystowska czy też masowa zagłada ludzi.

Jak żyć? Nadzieje umiata ostatnia…

Oprócz samobójstwa mamy jeszcze co najmniej dwie, a może nawet trzy bardzo atrakcyjne możliwości. Pierwszą z nich to udawanie, że nic się nie dzieje. To trochę tak, jakby po usłyszeniu wyroku śmierci od swojego lekarza, nadal zajmować się problemami dnia codziennego: „muszę zrobić pranie, zmienić opony w samochodzie, pomalować przedpokój” itp. Jest to ta opcja, do której przygotowała nas biologia – a wyjaśnieniem tego zajmuje się psychologia społeczna. Druga możliwość to angażowanie się ogólnoświatowy bunt przeciwko bierności polityków, oczernianie koncernów paliwowych i właścicieli drogich nieelektrycznych samochodów. Takie podejście karmi się nadzieją, że nadal mamy na coś wpływ. Istotnym elementem tego, będzie narastająca frustracja. Nadal jakiś naukowiec będzie uważał, że mamy szansę, ale wymaga to radykalnych zmian. Będzie to nas motywowało, ale ta motywacja kiedyś się wyczerpie.

Ostatnia, trzecia opcja, którą sam wybrałem to podejście niewątpliwie egzystencjalne wynikające z mojego zamiłowania do filozofii Alberta Camusa, Nietzschego oraz filozofii wchodu – upaniszad, dźinizmu i buddyzmu. Ale aby nie rozpisywać się zanadto, posłużę się metaforą łososi.

Łosoś to ryba, która wędruje na czas rozrodu z mórz do rzek kierując się w zapachem miejsca, w którym on, jego bracia i siostry przyszli na świat. Łososie w trakcie takiej wędrówki nie pobierają pokarmu, płyną pod prąd w górę rzeki, a wiele z nich ginie rozbijając się o skały lub w paszczy jakiegoś niedźwiedzia. Robią to tylko po to, by się do siebie przytulić – złożyć ikrę (samice) i polać ją mleczem (samce). Po wszystkim wracają na głęboka wodę.

Jeżeli podejdziemy do tego logicznie i racjonalnie, lepiej wyszedłby na tym ten łosoś, który pozostanie w morzu! Po co mu ten cały wysiłek, stres i ryzyko skoro „łososi seks” jest co najmniej mało atrakcyjny. Podopieczni i tak nie zaopiekują się nimi na starość. Różnimy się tylko nieznacznie od łososi. Mamy możliwość podejmowania decyzji – mamy wybór. Dla Camusa byłby to wybór filozoficzny – bunt w dosłownym znaczeniu, bunt przeciwko absurdalności naszego życia.

Moja Abhayamudrā

Nie zamierzam (lub wiem, że nie powinienem) przejmować się czymś na co nie mam realnego wpływu. Nie jest to jednoznaczne z biernością. Syzyf w eseju Alberta Camusa zaakceptował swoją karę – a kara jego po akceptacji przestała być karą, gdyż stała się sensem jego życia.

Zarówno ignorowanie zmian klimatu, jak i bardzo aktywne zaangażowanie się w sprawę prędzej czy później wywoła w nas rozczarowanie i frustrację. Takie emocje będą później ustępować miejsca długotrwałemu zespołowi stresu pourazowego (PTSD). Dzisiaj określenie „depresja klimatyczna” jest określeniem medycznym. To jest stan chorobowy, który będzie się upowszechniał wraz z następującymi zmianami klimatu.

Akceptacja pozwala mi w miarę normalnie żyć. Mogę z uwagą i koncentracją podejmować takie decyzje, które zminimalizują cierpienie w przyszłości. Nigdy nie polecę samolotem na Karaiby. Nie odwiedzę wujka w Chicago. Prawdopodobnie nigdy nie kupie sobie samochodu. Nie zdążę założyć rodziny.

Zawsze jednak będę podejmował starania, jakiekolwiek, jak łosoś… bo to lepsze od biernego czekania.

Przed oświeceniem rąbiesz drewno i nosisz wodę.
Po oświeceniu rąbiesz drewno i nosisz wodę.

~przysłowie Zen